Półtora roku temu wybuch Yellowstone spustoszył połowę Ameryki Północnej, a wulkaniczny pył osiadł także na całej półkuli północnej i pozostał w atmosferze niczym nieustające, ciemne chmury. Wybuch wzbudził również inne wulkany, a trzęsienia ziemi uszkodziły reaktory jądrowe.

Miliony, miliardy ludzi zginęło.

Wśród ocalałych pojawiła się nieznana choroba, która zmieniała ludzi w kanibali. Ich głód ludzkiego mięsa można porównać do wampirzego pragnienia znanego z książek.

Skażenie lub groza sytuacji obudziła u niektórych niewyjaśnione mutamoce.

Panuje półmrok spowodowany pyłem w atmosferze, ale w Europie z rzadka da się już dostrzec przebijające się z trudem promienie słońca. W zniszczonych, opustoszałych miastach trwa walka o przetrwanie.

Ogłoszenia

Pierwsze pięć rozdziałów zostało lekko edytowanych. Zmiany, jak uprzedzałyśmy, nie tyczą się głównej fabuły, tylko błędów stylistycznych oraz związanych z charakterami postaci. Nie ma potrzeby, by ci, którzy czytają na bieżąco, musieli wracać do tamtych rozdziałów, ale piszemy o fakcie zmiany dla zachowania porządku.

sobota, 26 lipca 2014

Rozdział 7

Hej! Podczas gdy An-Elenel narzeka na załamanie pogody na weekend, wyjechana z domu Selene jęczy na skwar. Cóż, każdy niezadowolony ;] Mamy nadzieję, że u Was akurat jest w sam raz, a do tego dobra atmosfera do czytania kolejnego rozdziału. Także po prostu: miłej lektury! ;)



Wszyscy kończyli właśnie posiłek, kiedy od strony klatki schodowej doszedł ich dźwięk ciężkich kroków. Moment później do kuchni zajrzeli Rambo i Napalm. Mężczyźni położyli na ziemi worki, w których coś zagrzechotało. Paliwa najwyraźniej nie znaleźli, ale chyba zgarnęli jakieś narzędzia. Rambo zamarł, gdy dostrzegł gości, a Bryza poderwała się z miejsca.
- To Tomasz i Gosia - wyjaśniła. - Są teraz sami. Postanowiłam ich ugościć.
Starała się mieć pewną minę, choć obawiała się odrobinę reakcji przywódcy. Rambo patrzał na nią chwilę, jakby chciał odnaleźć w jej oczach jakieś dalsze wytłumaczenie, ale ostatecznie nic do niej nie powiedział. Zwrócił się za to do gości:
- Bardzo nam miło. Rambo - przedstawił się. - Podróżujecie i poszukujecie lepszego miejsca dla siebie?
- Tak, dokładnie… Wcześniej byłem w grupie ze śródmieścia, jednak wyrzucili nas z siostrzenicą.
- O, a za cóż to?
- Byliśmy uważani za darmozjady. Nie chciałem zostawiać Gosi samej, gdy grupami szukaliśmy jedzenia, a nie chciałem jej też brać ze sobą, więc… w końcu się doigrałem. Choć byłem tam wyłącznie, by mieć wokół siebie ludzi, nieważne, jak podłych.
Mężczyzna z siostrzenicą, na dodatek już go raz wywalono za nieprzydatność… świetnie, pomyślał Rambo. Przebiegł wzrokiem po twarzy Tomasza. Była wychudła, koścista, na policzkach rósł mu jasny zarost. We włosach dostrzegł siwiznę, choć facet sprawiał wrażenie trzydziestoparolatka. Dziewczynka natomiast miała słodką buzię, ciekawskie spojrzenie i uśmiech aniołka. Zdecydowanie lepiej się odżywiała od swojego opiekuna, który zapewne sobie od ust odejmował, aby nakarmić małą.
Bryza zerknęła na Rambo.
- Możesz na słówko? - zapytała, spoglądając przepraszająco na gości.
Kiwnął głową i wyszedł z nią dalej do innej sali.
- No dobra, co to za pomysł? Wzięłaś ich z ulicy czy jak?
- Zobaczyłam Gosię w oknie Nowego Eti - wyjaśniła Bryza. - Poszliśmy to sprawdzić, a potem zjawił się Tomasz. Pomyślałam, że moglibyśmy ich… ugościć. No wiesz, dobry uczynek. - Nerwowo splotła dłonie. - Może byśmy ich przygarnęli?
Rambo chwilowo zatkało.
- Masz syndrom braku rodziny czy coś? Chociaż powiedziałaś to bardziej, jakbyś chciała przygarnąć kotka i pytasz się o to mamusi. - Patrzył na nią dziwnie, z lekka rozbawiony. - Znaczy ten… Jesteś jakąś niespełnioną matką czy coś?
Bryza wytrzeszczyła oczy.
- Pogięło cię?! - syknęła. - Uważasz mnie za jakąś wariatkę? Nie traktuję ich jak bezdomnych kotków. To są ludzie. I uznałam, że - jak ludzie - moglibyśmy im pomóc zamiast skazywać na włóczenie się po okolicy. Ale jak nie chcesz, to nie. Spoko. Skończą jeść i się pożegnamy.
Gwałtownie skrzyżowała ręce na piersi, po czym odwróciła się napięcie, by wrócić do kuchni.
- Jasne, jasne, już się obraziła - mówiąc to, złapał Bryzę za ramię i obrócił do siebie przodem. - Po pierwsze, nie lubię, jak mi wciskają w usta nie moje słowa. Więc mi tu nie kłam. Po drugie, jeszcze nic na ich temat nie powiedziałem. Akurat bardziej mnie zaciekawiła ta grupa ze śródmieścia. A Tomek i Gosia niech sobie zostaną. No chyba, że coś będzie nie tak. W ogóle co ci o sobie powiedzieli? Facet jest czysty? Nie pogryziony czy coś? Ma mutamoce?
- Prawdę mówiąc, nie wiem… - Skrzywiła się. - Pogryziony raczej nie jest, ale co do mutamocy... - Wzruszyła ramionami. - On nie sprawia wrażenia mutanta, za to mała jest sounderką.
Bryza została w miejscu, jednak wciąż trzymała ręce na piersi, lekko obrażona.
- Oł… Mam nadzieję, że nikt jej nie doprowadzi do płaczu. - Zamyślił się na chwilę, po czym z powrotem skierował uwagę na Bryzę. - Nie bocz się. Naprawdę zabawnie brzmiałaś, a to przecież nie moja wina. Mam po prostu dobry humor, trochę puszek z żarciem nazbieraliśmy. Zastanawialiśmy się nawet, czy by nie wziąć tych z kocim żarciem. Otworzyłoby się je, zleciałyby się koty, a my je na obiad.
Bryza mimo prób dalszego utrzymywania focha parsknęła śmiechem.
- W sumie… czemu nie? - uznała. - Trochę świeżego mięsa nam nie zaszkodzi. Z drugiej strony, nie zdziwiłabym się, gdyby to kocie żarcie okazało się całkiem smaczne. A co jeszcze zdobyliście? Paliwa, jak mniemam, wciąż brak? Speedy będzie niepocieszona…
- W końcu się znajdzie. Trzeba się tylko przejść bardziej na peryferie miasta. Poza tym, zgarnęliśmy trochę narzędzi, żeby naprawić tego złoma. Będzie jak nowy. Choć przydałoby się go potem pomalować… Byle Elektra się za to nie zabierała. Zresztą, chodźże już do kuchni, głodny jestem. Te puszki z jedzeniem i narzędzia są trochę ciężkie - powiedział i zaczął lekko popychać dziewczynę w stronę drzwi.
- Dobra, dobra, obżartuchu - mruknęła. - A co do tej drugiej grupy, przydałoby się nawiązać jakiś kontakt w niedalekiej przyszłości. Ogarnąć, kto to taki, nie? Dobra, chodź już jeść - zakończyła, widząc, że Rambo myślał w tym momencie tylko o jednym.
W kuchni usiadł przy Napalmie i razem zaczęli wcinać trochę za dużo niż wypadało ze względu na oszczędność, ale nie przejmowali się tym teraz. W perspektywie przyszłych obiadów wciąż mieli dużo konserw oraz ewentualne koty.
Gdy przy stole zapadło milczenie, Kitty nagle zerwała się z miejsca, a po chwili wróciła z talią starych kart do Piotrusia z postaciami z Harry’ego Pottera. Bryza nawet nie miała pojęcia, skąd młoda je wytrzasnęła. Nastolatka usiadła obok Gosi i choć dziewczynka nieufnie odnosiła się do obcych, ostatecznie zaczęła grać z Kitty. Kto by pomyślał, że Kitty, która zawsze chciała wydawać się starsza, może „zniżyć się” do poziomu dziecka.
Wkrótce zjawiły się również Śnieżka ze Speedy, targając plecaki z tym, co udało im się zdobyć. Ponownie nastąpiła prezentacja gości oraz pozostałych członków Oiowskiej grupy.
- Dużo was tu jeszcze? - zapytał zaciekawiony Tomasz. Zauważył, że podział obowiązków działa tutaj odpowiednio, ale jeżeli jedni szukali paliwa, a nazbierali jedzenie, drudzy też, to co tu reszta mogłaby przynieść?
- Nie, tylko my - odparł krótko Rambo. - Widzę, że nie macie ze sobą żadnych śpiworów czy czegoś. Przydałoby się skądś skołować, bo noce są zimne. Chce ktoś się ruszyć? - zapytał patrząc po swojej drużynie.
Bryza pokręciła głową, dotykając ostrożnie rannej nogi.
- Ja nadal odpadam - oświadczyła. - Dość już się dzisiaj nachodziłam.
Speedy ziewnęła szeroko, popijając sok.
- Jestem wykończona, może ktoś inny?
- Ja mogę pójść - oznajmił Napalm, przeciągając się. - Śnieżynko, a ty?
- Będzie teraz ciągał za sobą nieszczęsną, umęczoną kobietę. - Westchnęła ciężko i nalała sobie wody do kubka. - Daj chwilę odpocząć i zjeść, to pójdę - stwierdziła w końcu i zabrała się za pałaszowanie. - Można by było coś świeżego przy okazji upolować.
- Ta, koty - mruknęła Bryza z rozbawionym uśmiechem. Pochyliła się w stronę Rambo. - Trzeba by było powiedzieć reszcie, że oni zostają - szepnęła.
- Yyyy… taaa… Ekhem… Tomasz i Gosia trochę z nami zostaną. Znaczy ten, jak chcecie, to możecie na dłużej, dzisiaj trochę zapasów się zebrało… Poza tym, powstały nowe techniki łowieckie, więc damy radę - Rambo spojrzał na Gosię i postanowił na wszelki wypadek nie wspominać, kiedy będą mieli kota na obiad.
- Czyli… Możemy z wami zamieszkać? - niedowierzał Tomasz.
- No chyba… Nie wyrzucimy was przecież, chyba że sami będziecie chcieli odejść. Oczywiście przydzielimy ci jakieś obowiązki. Zawsze na przykład ktoś stoi na dachu i wypatruje zagrożenia.
Tomasz zaczął im dziękować za opiekę oraz gościnność i zapowiedział wstępnie, że zostanie z nimi na dłużej. Gosia, pochłonięta grą z Kitty, chyba nawet nie zarejestrowała informacji. Pewnie nawet przez myśl jej nie przeszło, że będą musieli stąd odejść. Członkowie starej drużyny, początkowo zaskoczeni, ucieszyli się na wieść o nowym towarzystwie.
- Będzie miło - zapewnił Napalm, wstając. - Śnieżka, wychodzimy za pięć minut.
Wyszedł z kuchni, by opłukać jeszcze pokrytą kurzem twarz przed ponownym wybraniem się w teren.
- Co za despota - prychnęła.
Często się na niego wściekała, choć z jakiegoś powodu lubiła go mimo wszystko. Nagle wpadło jej do głowy wspomnienie, jak jakieś pół roku wcześniej, podczas akcji podobnej do ostatniego ataku na Oio, gdy niewiele widziała, panował chaos i przestała rozróżniać przyjaciół od wrogów, omal nie odstrzeliła Napalmowi głowy. Przez nią by nie żył. Przeszło jej przez myśl, że wolała go takiego aniżeli martwego.
Zjadła jeszcze trochę, a następnie nałożyła sobie na zrobiony właśnie przez Elektrę podpłomyk trochę paprykarza na wynos i poszła za Napalmem, zgarniając po drodze broń. Spotkali się pod budynkiem, po czym ruszyli na miasto.
- Gdzie tu można znaleźć śpiwory…? - zastanowił się Napalm, mierzwiąc sobie jasne włosy. - Był taki sklep HiMountain, tylko że… w Galerii Bałtyckiej - zakończył smętnie. - Ryzykujemy kolejną wycieczkę do galerii czy masz lepszy pomysł?
- A w Manhattanie nic nie ma? Poza tym chyba większość społeczeństwa miała gdzieś na pawlaczach czy w szafach śpiwory, więc jak nie znajdziemy w sklepach, to możemy po mieszkaniach się przejść. No i jest jeszcze Auchan… Tyle że daleko. Questa byśmy mieli jak na Górę Przeznaczenia.
- W sumie zombiaki jak orkowie - przyznał ze śmiechem. - No dobra, pochodźmy po mieszkaniach.
Wybrali bloki najbliżej terenu politechniki. Napalm objął spojrzeniem niewielką uliczkę i uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Pamiętam, jak tędy biegałem na zajęcia, już spóźniony o dziesięć minut - stwierdził. - Z zombiakami za plecami gnałbym pewnie jeszcze szybciej.
- O, nie spaliłbyś ich? Nowość. A co studiowałeś? - zapytała, również przeczesując jednocześnie wzrokiem teren. Wiele budynków było w ruinie, ale pewnie właśnie w takich zachowało się najwięcej przydatnych rzeczy. W końcu mało kto ryzykowałby uwięzieniem w szczątkach budowli.
- Informatykę - przypomniał. - Mówiłem już, ale najwyraźniej nie zwracasz na mnie uwagi. - Zrobił smutną minę. - A ty?
- To straszne - odparła beznamiętnie. Zorientowała się, że rzeczywiście wspomniał o tym, ale jakoś przeleciało jej to wtedy przez głowę. - Geodezję i kartografię na WILIŚu.
- Jesteś taka nieczuła - odparł z miną niesłusznie zbitego psa. - A swoją drogą, mogłabyś zrobić kiedyś mapę terenu z zaznaczonymi najważniejszymi informacjami.
- O tak, świetnie, wezmę karteczkę, narysuję kwadracik i podpiszę Oio. - Spojrzała na niego jak na głupka. - Nie ma sprzętu, nie ma geodezji. Zresztą nie wiem, po co. Równie dobrze możemy znaleźć w kiosku mapę i podpisać, co trzeba lub dorysować. Poza tym studiowałam tylko rok, więc nie oczekuj ode mnie cudów.
- Ale ty jesteś drażliwa - prychnął. - Królowa Lodu od siedmiu boleści.
Rozejrzał się po okolicy, wypatrując zombiaków, lecz teren zdawał się czysty. Skierował się do jednego z częściowo zawalonych bloków. Mniej więcej połowa budynku jeszcze stała, ale nie wiadomo, jak długo.
Napalm pierwszy przeszedł przez otwór po drzwiach. Przy pasie trzymał długi nóż myśliwski, jednak z reguły bardziej opierał się na swoich ognistych zdolnościach.
- Taaa… Chociaż trochę brak mi poddanych wypełniających każdy mój kaprys. - Wyszczerzyła zęby, wyciągając jednocześnie pistolet. - Wchodź w pierwsze lepsze mniej zawalone mieszkanie. Przeszukamy budynek od góry do dołu, ile się da.
Napalm zamierzał jeszcze się odgryźć przeklętej księżniczce, ale postanowił odpuścić. Na razie, rzecz jasna. Po prostu teraz oboje powinni się skupić na aktualnej misji. Wytworzył kulę ognia nad dłonią, by oświetlić ciemną klatkę schodową. Pierwsze otwarte mieszkanie ominął. Było łatwo dostępne, więc na pewno wszystko zostało już dawno wykradzione.
Weszli na piętro, gdzie do środka wpadało więcej światła z powodu braku sporej części ściany. Nie, żeby to dużo pomagało, bo na dworze i tak panował tradycyjny półmrok.
Napalm nacisnął klamkę wciąż całych, choć zniszczonych drzwi obok. Zamknięte.
- Tu możemy znaleźć coś fajnego - mruknął do Śnieżki.
Naparł barkiem na drzwi, lecz nie chciały puścić. Skrzywił się z niezadowoleniem.
- Umiesz otwierać zamki?
- Coś ty? Żaden szlachetny złodziej jeszcze mnie nie nauczył. Myślisz, że dałbyś radę stopić zamek? - zapytała.
- Drzwi są z grubsza drewniane - zauważył, patrząc na Śnieżkę pobłażliwie.
Zwiększył płomień otaczający jego dłoń i wbił go w prawą część drzwi - tam, gdzie znajdowały się zawiasy. Drewno pokryte lakierem jakoś niespecjalnie chciało się zająć ogniem, ale ostatecznie nadpaliło się dosyć, by zawiasy mogły puścić. Napalm kopniakiem wyważył drzwi, po czym z dumną miną zerknął na Śnieżkę. Dziewczyna przez cały czas jego pracy lekko się uśmiechała.
- No. O to mi chodziło. I po co robiłeś problemy, to ja nie wiem.
Napalm puścił ją pierwszą, więc weszła do środka lekkim krokiem z pistoletem w pogotowiu. Zanim Napalm zdążył zrobić krok za nią, usłyszał krzyk towarzyszki oraz dziki ryk kogoś jeszcze. Już po chwili wyleciała z mieszkania wraz z zombiakiem i przetoczyli się po schodach na dół.
            Napalm zeskoczył za nimi. Śnieżka szamotała się rozpaczliwie z wyraźnie wygłodniałym, szalonym zombiakiem. Złapał napastnika za koszulę, lecz gdy pociągnął, w ręku pozostał mu oderwany materiał. Walczący przeturlali się, prawie zwalając z nóg mężczyznę. W migotliwym świetle ognia niewiele widział. Otoczył płomieniami swoje dłonie i złapał zombiaka za szyję. Tamten zawył z bólu. Napalm gwałtownym ruchem ściągnął go ze Śnieżki, po czym rzucił o ścianę. Wyszarpnął z pochwy nóż. Jednym ruchem poderżnął przeciwnikowi gardło.
            Odwrócił się do towarzyszki i wyciągnął rękę w jej stronę, oczywiście już niepłonącą.
            - Wszystko w porządku? - zapytał z troską.
            Śnieżka odetchnęła z ulgą, przecierając oczy. Chwyciła pomocną dłoń i wstała. Zanim jednak zdążyła cokolwiek więcej zrobić, budynek stwierdził, że ma już dość. Kawałek stropu zawalił się zaraz za nimi, posyłając ich znowu na posadzkę. Na ich głowy posypał się tynk oraz inne większe lub mniejsze odłamki gruzu.
Napalm zakrztusił się od kurzu i pyłu. Cofnął się, a odłamek wielkości sporej pięści przeleciał tuż przed jego oczami. Mężczyzna po omacku chwycił Śnieżkę za ramię, po czym pociągnął w kierunku wyjścia. Do pokonania mieli jeszcze kilka schodków dzielących ich od parteru. Jakimś cudem zdołali utrzymać równowagę. Coś ciężkiego spadło Napalmowi na kark, aż się zachwiał, jednak szybko doszedł do siebie. Wypadli na ulicę, a potem odbiegli dalej - słusznie, bo budynek przechylał się niebezpiecznie.
Kaszląc, przysiedli na ulicy, by odpocząć.
- No dobra… Z tymi walącymi się budynkami to był chyba błąd – oznajmiła Śnieżka, ścierając z twarzy krew zmieszaną z pyłem. Serce biło jej jak szalone, więc położyła się na ziemi i zamknęła na chwilę oczy. Gdyby nie Napalm, już by nie żyła… Jakby go wtedy, pół roku temu, zabiła, też byłaby kicha… - Dzięki za pomoc. Ta rozkładająca się gęba zombiaka będzie mi się miesiącami śniła w koszmarach. Skubany nas usłyszał i musiał poczekać na odpowiedni moment.
            - Jak na moje, to pewnie długo tam siedział, a my się po prostu napatoczyliśmy. Był już całkiem szalony. Musiał długo nie żreć ludzkiego mięsa. - Napalm otarł sobie usta, bezskutecznie próbując  pozbyć się posmaku kurzu. - Nie użarł cię? Ani nie podrapał? - spytał po chwili, przyglądając się Śnieżce uważnie.
            - Nie. Udało mi się go jakoś powstrzymać, choć w pewnym momencie myślałam, że złapie mnie za szyję i przy okazji odgryzie mi nos. - Parsknęła śmiechem, trochę histerycznie. - Tym gruzem tylko oberwałam w głowę, ale to nic poważnego. A jak z tobą? - W końcu otworzyła oczy i spojrzała na niego.
            - Ja? Oczywiście, że nic mi się nie stało! - Wyprężył się niczym rycerz. Co prawda, kark go trochę bolał, a krew ściekała ciepłym strumykiem za kołnierz, lecz po co o tym wspominać? - Uratowałem ci życie - dodał ze znaczącym uśmiechem. - Chyba wiesz, co wtedy robią księżniczki?
            - Idą spać? Dają białą chusteczkę? Sorry, akurat nie mam żadnej - zaśmiała się. - Chyba że na coś konkretnego liczysz.
            - No wiesz. - Przewrócił oczami. - Nie oglądałaś bajek jako dziewczynka? Prawdziwa miłość, pocałunek, ślub i żyli długo i szczęśliwie… - Uśmiechnął się szeroko.
            Śnieżka aż się zarumieniła, patrząc tak na niego ze zdziwieniem.
            - Eeee… Ale ty to tak na serio?
- No cóż, rozmawiać o ślubie chyba za wcześnie, jednak od pocałunku można zacząć - odparł rozbrajającym tonem.
- Jesteś stuknięty. - Śnieżka potrząsnęła głową. - I mówi to facet, który tylko raz mnie uratowa… eee… Znaczy się… Nieważne. - Po słowach Napalma zrobiła się lekko zakręcona. - Może ruszymy się w dalszą podróż po ten śpiwór, co? - mimochodem zmieniła temat, wstała i się otrzepała.
- I znowu robi się lodowata. - Westchnął z żalem. - A ile razy muszę cię uratować, żeby zasłużyć na pocałunek? - zapytał zaraz, również wstając. - Pamiętaj, że uratowałem cię też pół roku temu, gdy nas otoczyły zombiaki, a ty oberwałaś w głowę. Musiałem cię nieść.
- Bohaterze - odparła beznamiętnie. - Ale wiesz… Żeby zasłużyć na buziaka, to nie tylko ratowanie jest istotne. No wiesz, oglądałeś bajki. Jeszcze wszystko jest możliwe. Nie, żebym nie była ci wdzięczna. - Spojrzała na niego w końcu. Rumieniec już spełzł jej z policzków. - No bo jestem, nie widać? - Uśmiechnęła się, jakby chciała teraz tego dowieść.
- Nie, nie widać - stwierdził, strzepując z siebie pył. - A w bajkach wystarczy uratowanie życia. Oczywiście mówię o tych tradycyjnych bajkach, nie tych, gdzie księżniczki dają książętom w twarz… No mniejsza - dodał szybko. - Zobaczymy, co jeszcze jest dla ciebie istotne.
Cóż, wyzwanie zostało rzucone. Nie mówiąc więcej, Napalm ruszył do innego bloku, tym razem mniej zniszczonego. Śnieżka uśmiechając się pod nosem podreptała za nim. Co za człowiek. Zauważyła, że od jakiegoś czasu chętniej się z nią droczył, ale takich słów się nie spodziewała. Choć to było miłe, że się nią interesował. Aż tak.
 Nie odzywając się, tym razem weszli na wyższe piętro i ponownie spróbowali swojego szczęścia. Drzwi były zamknięte, już jakiś plus, więc Napalm zabrał się za nie podobnie, jak przy poprzednich. Gdy zawiasy zostały wyrwane, Śnieżka poczekała, aż mężczyzna wejdzie pierwszy i dopiero wtedy podążyła za nim.
Znaleźli się na korytarzu, dosyć zagraconym, gdyż z wieszaków oraz z szaf powypadały stare płaszcze i kurtki. W najbliższym pokoju dla odmiany znaleźli kości ludzkie, ale nic ciekawego poza tym. Zresztą Śnieżka nie chciała przebywać dłużej w tym pomieszczeniu, więc przeszła gdzie indziej. Pod jej butami zachrzęściło szkło z rozbitego akwarium.
- Hej, chodź tu coś zobaczyć - zawołała do towarzysza.
Gdy Napalm się zbliżył, wskazała mu leżący na ziemi, zawalony odłamkami szkła i kilkoma książkami, miecz. Kiedyś zapewne wisiał na ścianie lecz po apokalipsie musiał się zerwać.
- Niezły, co?
Napalm stanął jak wryty ze wzrokiem utkwionym w broni. Po chwili rzucił się wyciągnąć miecz spod śmieci i podniósł go z nabożną czcią.
- To miecz Aragorna - wyszeptał. - Masz pojęcie, ile to było warte? Niezły metal, dobrze zrobiony - orzekł, przyglądając się ostrzu. Następnie ostrożnie przeciągnął po nim paznokciem. - I jeszcze trochę ostry. Ale czad!
Zamachnął nim z wprawą. Nie walczył już mieczem od półtora roku, jednak pewnych rzeczy się nie zapomina. W ciasnym pomieszczeniu wykonał parę pchnięć, strącając przy tym ostatnią półkę wiszącą na ścianie.
- No szczerze mówiąc, brakowało ci tylko długich ciemnych włosów, by wpisać się idealnie w scenę z filmu. Podejrzewam jednak, że średnio ci się przyda, choć książę z mieczem zawsze lepiej wygląda. Poza tym, ciekawe co za kuźnie robiły takie odpowiedniki mieczy z filmów.
- Nie masz pojęcia, ile fanów marzyło o odpowiednikach broni z filmów - mruknął, wciąż przyglądając się z namaszczeniem znalezisku. - A jak się umie walczyć mieczem, to się przyda. Tylko go naostrzę i na zombiaków będzie jak znalazł… - Urwał nagle, marszcząc brwi, po czym spojrzał na Śnieżkę. - Uważasz mnie za księcia?
- No… Mówiłeś, że chcesz chociaż prosperować na księcia - odparła z uśmiechem. Jak chce się pobawić w bajkę Disneya, proszę bardzo, pomyślała rozbawiona. - Więc nie napalaj się, tylko chodź śpiwora szukać. - Znowu sprowadziła go na ziemię, po czym odwróciła się i zaczęła przeglądać szafki na korytarzu. - Przetrząśniesz pawlacz? W końcu jesteś trochę wyższy...
Napalm patrzył na Śnieżkę przez chwilę, aż wreszcie oparł miecz o ścianę, by móc obiema rękami otworzyć drzwiczki pawlacza. Z góry zwaliła się na niego horda rzeczy. Cofnął się, bezskutecznie osłaniając głowę.
- Ojojoj… Walcz, rycerzu! - ze śmiechem dopingowała go dziewczyna.
Zerknął na nią posępnie, wygrzebując się spod pakunków oraz pudeł. Zgarnął to, co jeszcze zostało w pawlaczu, po czym zajął się przeszukiwaniem stosu.
- O, patrz, butla gazowa. - Akurat ona szczęśliwie nie trafiła w niego podczas upadku. - Nie będzie trzeba przez jakiś czas zapalać ogniska w kuchni. Strasznie kopci… - Odłożył rzeczoną butlę na bok. - Saperka… Mamy jedną, ale przyda się druga… Są i dwa śpiwory… Dwie karimaty… Też warto wziąć. No dobra, nic więcej wartościowego nie widzę. Chyba że chcesz misia.
Wyciągnął foliową siatkę, w której ściśnięto parę pluszaków - zapewne, aby się nie kurzyły. Rozerwał ją, wyjął brązowego, uroczego misia i pokazał Śnieżce.
- Mmm… Śliczny. - Wzięła go w ręce i przyjrzała mu się z uśmiechem. - Dzięki. Resztę można dać Gosi, ucieszy się… Mam nadzieję. Nie no, ładne są, musi się ucieszyć. - Odwróciła się do Napalma plecami i wyjęła z szafy wieszak z grubym, ciemnym kożuchem z futrzastym kołnierzem. Pokazała mu go. - A tobie mogłoby się przydać to. No wiesz, na zimne noce. - Wyszczerzyła do niego zęby.
- Na zimne noce są inne sposoby na ogrzanie - zauważył, z niepokojącym uśmiechem patrząc na Śnieżkę. - Ale dzięki. - Wziął kożuch. - Będzie pasował do miecza i imidżu rycerza.
- Założę, że nie słyszałam lepkich podtekstów. Co do kożuszka, to trochę będzie krępował ruchy, lecz jak ci się podoba…
Śnieżka pomyślała, że Napalm to w sumie zabawny gość… Odejmując zboczone podteksty. I denerwujące teksty. I w ogóle to, że się do niej przyczepił jak głupi, przez co częściej do niej zagadywał z głupimi słowami. Ale dostała misia. No i facet ją uratował. Czasami nawet starał się być miły… Właściwie, jak będzie miała takiego ochroniarza - bo pewnie pomyślał sobie, że teraz musi ją ciągle ratować przed zagrożeniem życia, by zapracować na buziaka - do tego jeszcze zacznie się bawić w księcia, może być nawet zabawnie.
Gdy uzbierali łupy i wsadzili je w znalezione wory, ruszyli w drogę powrotną do Oio. Pół godziny później byli już w domu - akurat przed zapadnięciem zmroku. Na dziewiątym piętrze przywitał ich Rambo. Chciał zobaczyć, co ciekawego zdobyli. Butla z gazem została od razu wstawiona do kuchni, a śpiwory przekazano Tomaszowi. Rambo pozwolił im spać, gdzie mają ochotę - albo w pomieszczeniu z nimi, albo w jakimś innym. Dodatkowo Gosia została obsypana znalezionymi pluszakami, oprócz jednego, którego zachowała sobie Śnieżka. Przez ten gest dwoje poszukiwaczy od razu zyskało sobie jej pełną przychylność. Na koniec Napalm mógł się pochwalić mieczem przed drużyną. Speedy oglądała broń z zachwytem przez pięć minut, aż wreszcie odważyła się nim zamachnąć. Niestety, miecz okazał się dla niej za ciężki. Z zazdrością oraz podziwem obserwowała więc następnie, jak Napalm nim włada przy włączonej muzyce z „Władcy Pierścieni”.
Na koniec zrobili małą imprezę powitalną, która jak zwykle przerodziła się w dużą. W jej trakcie Gosia została położona do snu, a reszta (prócz jednego nieszczęśnika stojącego na dachu) bawiła się w najlepsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz