Rano wszyscy biorący udział w pracach ogródkowych obudzili
się z bólem pleców. Wstawali zmęczeni, ziewając i wlekli się do kuchni na
śniadanie. Zaraz po nim w planach było wyjście na wyprawę na ogródki działkowe.
Szacowali, że zajmie to cały dzień, więc szykowali na drogę suchy prowiant.
Półtorej godziny później Rambo, Bryza, Speedy i Napalm byli gotowi do wymarszu.
Śnieżka pomachała im jeszcze z dachu, po
czym powoli oddalili się od Novum.
- Właściwie powinniśmy jeszcze zajść do
jakiegoś sklepu po doniczki - zauważyła Bryza. - Saperki mamy, więc te sadzonki
wykopiemy, ale gorzej z przeniesieniem…
- A… Czyli nie wystarczy worek? - zapytał
Rambo. Myślał, że jak wykopią jakieś cebulki i inne rzeczy, to po prostu wrzucą
je do wora.
Bryza zerknęła pytająco na Speedy, która
miała przynajmniej jakikolwiek kontakt z uprawą roślin. Dziewczyna zastanowiła
się, bezmyślnie bujając kałachem trzymanym za pasek.
- Nie wiem… Jakieś bulwy to można wsadzić
do worka, ale jakby było już coś bardziej wyrośniętego, coś z liśćmi, to
właściwie doniczka byłaby lepsza.
W takim wypadku poszli najpierw do sklepu
ogrodniczego, który Bryza już wcześniej znalazła i wynieśli z niego tyle doniczek,
żeby starczyło do wsadzenia do nich odpowiedniej ilości roślin. Czyli dużo. Na
wszelki wypadek. Powkładali je jedna w druga i schowali do plecaków, a
następnie ruszyli na Złotą Karczmę. Bez środka transportu była to ciężka
wyprawa.
Dla odmiany prowadziła Speedy z pomocą
Napalma. Oboje znali mniej więcej trasę z Wrzeszcza do Złotej Karczmy - już właściwie
zamiastowej dzielnicy, gdzie rozrosły się kiedyś ogródki działkowe. Droga
biegła głównie pod górę, z rzadka w dół, by zaraz znów piąć się wzwyż.
Mijali opustoszałe, zniszczone blokowiska, aż zagłębili się w las. Bryza i
Napalm nie zetknęli się dotąd ze zmutowanymi zwierzętami, ale Speedy z Rambo
zrobili się jakby ciut bardziej nerwowi.
Na razie jednak wokół panowała cisza… Nie
licząc skrzypiącego, bukowego lasu. Większość tych ogromnych drzew utrzymała
się w pionie, lecz duża ich część była martwa. Powyginane konary wiszące nad
ścieżką niczym baldachim, ocieniały i tak już mroczną drogę. Nie wyglądało to
zbyt przyjemnie.
Gdy już zmęczeni dowlekli się na kolejne
wzgórze, dobiegł ich ledwie słyszalny chrobot na jednym z drzew. Rozejrzeli się
niespokojnie. Po chwili ich wzrok padł na wiewiórkę. Była trochę przyduża, a
mimo odległości jakichś dziesięciu metrów, widzieli wyraźniej jej błyszczące
oczka. Połyskiwały zielenią. W tym momencie wyskoczyła w powietrze, rozkładając
łapki na boki, tworząc w ten sposób spadochron z fałd skóry. Zanim ktokolwiek
wyszedł z szoku, wylądowała na piersiach Bryzy i wlazła jej za nieznacznie
rozpięty kołnierz bluzy.
Dziewczyna pisnęła przerażona, próbując
ją wyciągnąć. Jak na złość, wiewiórka wyślizgiwała się z każdego chwytu. Jej
drobne pazurki przebijały top i lekko kaleczyły skórę.
- Weźcie to cholerstwo! - krzyknęła
histerycznie, dalej próbując pozbyć się paskudztwa spod bluzy.
Rambo nie za bardzo wiedział, co robić.
Głupia sytuacja… Jakoś nie chciał grzebać Bryzie pod ubraniem, ale ta wiewiórka
równie dobrze mogła być zzombiaczona… Jeżeli zacznie ją gryźć, będzie źle.
Wypowiedział jednak pierwszą sensowną myśl, jaka mu przyszła do głowy:
- Zdejmuj bluzę, będzie nam prościej
zabrać zwierzaka!
Do Bryzy to nie dotarło, bo wciąż panicznie usiłowała
wytrząsnąć wiewiórkę. Rozbawiona całym zajściem Speedy doskoczyła do
przyjaciółki i po chwili szarpania zdołała rozpiąć zamek błyskawiczny. Bryza
ściągnęła bluzę, jednak wiewióra z zadowoleniem czepiła się jej topu - coraz
bardziej podziurawionego. Kobieta trzepnęła ją pięścią, aż wreszcie zwierzak
spadł na ziemię. Rambo chwycił szybko ogłuszoną wiewiórkę i przyjrzał się jej.
Wyglądała normalnie… Nie licząc tego, że była przyduża, nieco wyliniała oraz
zdecydowanie wygłodniała. Musiało paść jej na mózg z głodu, skoro nie została
zzombiaczona. Dowódca parsknął śmiechem.
- Chcesz zwierzątko domowe? Jak je nakarmisz, zapewne
wyłączy opcję gryzienia - Szczerząc zęby, podetknął rudzielca Bryzie pod nos.
Kobieta odsunęła się jednak gwałtownie, nieco panicznie.
- Weź tego potwora ode mnie! - syknęła, ubierając bluzę. Top
miał mnóstwo dziur, więc mógł się nadać już tylko na szmaty.
Napalm, który wcześniej z braku lepszych pomysłów jedynie
przyglądał się zajściu, podszedł teraz do Rambo.
- Czad! Już teraz jest niezły, a jak go jeszcze wytrenuję… -
rozważył, przyglądając się zwierzakowi uważnie z niepokojącym uśmiechem.
Rambo ze śmiechem wcisnął mu wiewiórkę w ręce.
- To masz i pilnuj, jest twoja. W razie czego zjemy ją w
drodze powrotnej, jak ci się znudzi.
Speedy skrzyżowała ręce na piersi, spoglądając groźnie na
przyjaciela.
- Masz ją trenować, by NIE wchodziła dziewczynom za bluzki,
jasne? Jak coś takiego się stanie, z miejsca będziesz winny i… i… pożałujesz -
ostrzegła, nie mogąc na razie wymyślić dostatecznie dobrej kary.
- I nie będziesz znał dnia ani godziny, kiedy się zemścimy -
dodała Bryza, mrużąc oczy.
Napalm zrobił niewinną minę, po czym wcisnął wiewiórkę do
bocznej kieszeni wielkiego plecaka. Zostawił tylko drobny otwór, by mogła
oddychać. Już moment później rozległo się tarcie pazurków w walce o wolność,
ale plecak został wykonany z mocnego materiału.
Wciąż z roześmianą twarzą, Rambo na koniec puścił oko do
Napalma, tak żeby dziewczyny nie widziały, a następnie odwrócił się w kierunku
dalszej wędrówki.
- Dobra, koniec przerwy. Tyle odpoczynku jeszcze nam
zaszkodzi - stwierdził i ruszył pod górę.
Godzinę później w końcu udało im się dotrzeć do
zardzewiałej, powalonej na ziemię bramy, która niegdyś broniła wstępu osobom
postronnym na tereny ogródków działkowych. Większość tych małych skrawków
terenów była zapuszczona. Ba! Istna dżungla! Niewielkie domki działkowców albo
się rozsypały, albo same zarosły zielskiem. Część obrośnięta była bluszczem,
część winoroślą, część czymś całkowicie niezidentyfikowanym. Po apokalipsie
dużo roślin zmutowało. Na zimę zmarzły, by potem znowu się odrodzić, choć w trochę
bardziej skomplikowanej formie. Na niektórych krzakach już pojawiały się owoce
przypominające nieco winogrona - jeszcze zielone, ale wyglądały trochę inaczej.
Większe, wydawały się na oko stwardniałe. Poza tym w ziemi, w grządkach
dojrzeli małe krzaczki, w większości o ciemnozielonych listkach oraz łodyżkach.
Jedna z działek wyglądała na mniej zapuszczoną. Spostrzegli też pnące się wokół
niesamowite formacje roślinne, lecz nie było ich wiele. Niestety ogrodzenie
wciąż stało, na dodatek siatkę oplatał krzak róży. Kwitła, z tymże kolor
płatków miała bardziej krwisty, a kolce przerażały samym wyglądem.
- Tam może być coś ciekawego - orzekła Speey z miną
znawczyni.
Bryza uniosła brew.
- Bo…?
- Bo to ogród złej czarownicy, więc musi być tam coś cennego
- odrzekła dziewczyna śmiertelnie poważnie, a Napalm parsknął śmiechem.
Bryza z Rambo spojrzeli na siebie z głupimi minami, po czym
także się uśmiechnęli. Speedy przestała się wydurniać i spojrzała na mężczyzn.
- Podsadźcie mnie. Zajrzę, czy warto się tam przeciskać.
Jako że była niska oraz chuda, nie stanowiło to większego
problemu. Zajrzała ponad różane ogrodzenie.
- No, jest naprawdę nieźle. Mówiłam, że to zaczarowany ogród
- zaśmiała się. - Widzę, że pomidory rosną, to znaczy… tak sądzę, że z tego
pojawią się pomidory, bo na razie ich samych nie ma. Można by tu przyjść
jeszcze kiedyś, jak urosną… Chyba. O, w ziemi też coś tam rośnie. Nie wiem, co
to, raczej jadalne. No dobra, możecie mnie postawić. Tylko POSTAWIĆ, nie
puścić.
Rzeczywiście, postawili ją bezpiecznie na ziemi i teraz
wszyscy razem stali jak te kołki i przypatrywali się ogrodzeniu.
- No… To ma ktoś pomysł jak tam wleźć? - zapytał Rambo. - Bo
ja nie mam zamiaru pchać się w te kolce. Może przerzucimy Speedy na drugą
stronę, ona zbierze, co potrzeba, a potem... A potem to już nie wiem.
- Speedy, nie widziałaś tam czegoś, co byś mogła sobie potem
podsunąć pod ogrodzenie, by nad nim przeskoczyć?
- No, jest tam jakaś zniszczona altana. Pewnie coś znajdę. -
Wzruszyła ramionami. - Spoko, poradzę sobie - oznajmiła radośnie. -
Przerzucajcie mnie. W najgorszym razie czarownica zamknie mnie w wieży i będę
miała dłuuuugie włosy.
- Najpierw musiałabyś je zapuścić - mruknął Rambo,
podsadzając ją wraz z Napalmem. Napięli mięśnie i wyrzucili ją przez płot, na
teren ogródka.
Speedy spadła na ziemię, ocierając sobie kolana.
- Żyję! - zawołała, by jej przyjaciele się nie martwili.
Rozejrzała się dokładniej. W resztkach szklarni rosły chyba
pomidory, które już wcześniej widziała. Łodygi wydawały się trochę za grube i
za długie, lecz w sumie nieszczególnie się na tym znała. Podeszła do częściowo
zarośniętych grządek.
- No dobra, rzućcie doniczki.
Po chwili niedaleko niej wylądował zestaw brązowych,
plastikowych donic.
- Saperka by się jeszcze przydała!
Łopatka wbiła się w ziemię tuż koło jej nogi.
- Ej, nie we mnie! - krzyknęła urażona.
Zabrała się za przesadzanie do doniczek czegoś, co uznała za
sałatę. Czy tam kapustę, jeden czort. Potem podobny los podzieliły ziemniaki, przynajmniej
na oko wyglądały jak ziemniaki, oraz buraki. Do większej donicy wsadziła
również jeden z mniejszych krzaków pomidorów. Nie wiedziała, czy faktycznie im
to wyrośnie, ale może się uda. Znalazła również coś dyniopodobnego.
- Dobra, dajcie jeszcze wory!
Kiedy obok niej zleciał worki, wpakowała tam wszystkie
cebulki i bulwy, jakie jej wpadły w ręce. Gdy uznała, że więcej z tej działki
nie wyciśnie, stanęła nad naszykowanymi donicami oraz workami.
- Świetnie - mruknęła do siebie. - I jak ja to im teraz
przekażę?
Podeszła do nadniszczonej altanki. Kopniakiem zdołała
wyważyć chwiejące się drzwi i wkroczyła do środka. Drewno mebli zbutwiało, a do
tego w środku cuchnęło. Stół wyglądał na niezbyt mocny, lecz jego wysokość może
okazać się wystarczająca. Z trudem wytargała mebel na zewnątrz, a potem pod
płot. Weszła na stół ostrożnie. Zaskrzypiał, jednak wytrzymał. Spojrzała z góry
na przyjaciół.
- Szykujcie się, zaraz polecą tobołki - ostrzegła wesoło.
Po kolei targała zapełnione donice, by następnie rzucać je
na drugą stronę płotu. Szybko się zasapała, lecz pracowała dalej. Mięśnie
odzywały się, oburzone już drugim wielkim wysiłkiem w ciągu dwóch dni. Wreszcie
pozbyła się także worków. Tymczasem Bryza, Napalm i Rambo pakowali wszystko, co
im rzucała, do plecaków.
Speedy westchnęła zmęczona.
- Ok, ludzie, zaraz skaczę.
Bryza odsunęła się zapobiegawczo, podczas gdy mężczyźni
ustawili się, by móc złapać koleżankę. Speedy policzyła w myślach do trzech, po
czym… stół się pod nią załamał. Krzyknęła, odruchowo chwytając się ogrodzenia.
Moment później leżała już na resztkach stołu z guzem na głowie oraz zakrwawioną
dłonią. Łapanie się kolców to nie był najlepszy pomysł.
- Hej, mała! - zawołał Rambo, próbując jakoś zajrzeć przez
płot na teren działki. - Wszystko w porządku? Dasz radę spróbować jeszcze raz?
- dopytywał się, widząc, że dziewczyna żyje.
- Aua… - jęknęła, podnosząc się. - Żyję… Tak sądzę…
Czekajcie, muszę się ogarnąć. Ze stołu nici… Macie może apteczkę? - zapytała
jeszcze. - Pokłułam się tą głupią różą…
- Jasne, że mamy. Jeżeli szybko przeleziesz na drugą stronę,
to cię opatrzę… Chyba że koniecznie chcesz teraz. Aż tak źle? - dopytywał się
dalej.
Speedy przyjrzała się dłoni. Krew nie ciekła już
szczególnie, ale w rankach mogły zostać kolce. Lepiej, by Rambo się tym zajął.
No, tylko trzeba przeleźć na drugą stronę.
- Dobra, czekajcie. Idę poszukać czegoś innego -
poinformowała.
Wróciła do altanki, jednak w środku znalazła jeszcze tylko
dwa krzesła - zbyt niskie, by jej pomogły. Mimo to wyniosła je na zewnątrz.
Obeszła budyneczek, a z tyłu odkryła schowek. Oparte o ścianę stały różne
deski, niektóre nawet bardzo szerokie. Ostrożnie, zdrową ręką przeciągnęła
jedną z nich pod ogrodzenie. Przysunęła bliżej krzesła, a następnie niezdarnie,
bo uważając na ranną dłoń, dopiero za trzecim razem zdołała położyć dechę na
krzesła. Przyjrzała się swojemu dziełu. Jak to się uda, to będzie cud.
- Ok, idę! - krzyknęła. - To znaczy… lecę!
Uznała, że szybkość może się tu okazać zbawienna. Używając
mocy dla zminimalizowania opierania się o deskę, weszła na zaimprowizowaną
podpórkę, odbiła się i skoczyła ponad ogrodzeniem wprost na Napalma.
Szczęśliwie zdołał ją złapać, choć upadli razem na ziemię, a mężczyzna oberwał
przy tym ramieniem w nos.
Rambo roześmiał się głośno.
- Naucz się łapać kobiety, chłopie, wokół same księżniczki z
bajek, przyda ci się.
Pomógł wstać Speedy, zaczynając od razu oglądać jej rękę.
Napalm tymczasem sam sobie poradził. Rozcierał sobie nos, jednocześnie
prostując się z bolesną miną. Na plecach nosił swój miecz, więc w czasie upadku
pochwa wbiła mu się w kręgosłup.
- Ta, tylko w bajkach jakoś zawsze to prościej wygląda -
mruknął pod nosem.
Speedy za to wyglądała na zachwyconą przyrównaniem do
księżniczki.
- Bo w bajkach spadają z góry. Nie poruszają się po osi
iksowej. Tutaj Speedy mniej leciała po osi igrekowej, a bardziej po iksowej.
Rozumiesz, pęd, te rzeczy - odparł Rambo, po czym zajął się Speedy. - Ciemno
trochę… Wyjdźmy najpierw na otwartą przestrzeń, tutaj za duży busz - stwierdził
Rambo, chwytając swój plecak.
Razem opuścili teren ogródków. Dopiero wtedy mężczyzna
zabrał się za opatrywanie rany. Jakimś cudem swoimi dużymi łapami wyłuskał
drzazgę, która została dziewczynie w ręku, a następnie wyjął wodę i przemył jej
rękę.
- Dobra, chyba wystarczy. Więcej kolców nie widzę, jak coś
potem zobaczysz, to sama będziesz sobie musiała wyjąć… To tylko róża, więc nie
powinno być problemów. - Na koniec obłożył jeszcze dziewczynie krwawiące rany
gazą i przykleił ją do ręki plastrem. - Lecimy, drużyno. Pół dnia już minęło, a
nie ma co czekać do nocy.
Poprawili sobie ciężkie plecaki, a Napalm jeszcze sprawdził,
czy jego wiewióra wciąż żyje i siedzi w kieszeni. Bez większego entuzjazmu
ruszyli w drogę powrotną. Początkowo szło się całkiem nieźle, bo z górki. Potem
czekało ich ponowne podejście. Nagle Rambo, Napalm i Bryza idący nieco z przodu
usłyszeli łoskot za sobą. Speedy leżała kilkanaście metrów niżej częściowo
przygwożdżona swoim plecakiem. Gramoliła się teraz spod niego. Bryza pierwsza
zrzuciła swój bagaż i podbiegła do przyjaciółki. Pomogła jej się
podnieść.
- Co się stało?
Speedy otarła pokrytą potem twarz. Wyglądała na zmęczoną.
- Ja… Nie wiem… Poślizgnęłam się i… sturlałam.
Rambo i Napalm także podeszli. Dowódca przyklęknął obok.
- To nie wiesz czy wiesz? W ogóle dobrze się czujesz? -
zapytał, widząc, że oczy ma trochę rozbiegane.
- Tak - odparła natychmiast, po czym zmieniła zdanie. - Albo
nie bardzo… Nie wiem, trochę kręci mi się w głowie. To pewnie nic takiego.
Zaraz mi przejdzie.
- Pewnie się przemęczyłaś - stwierdził Rambo. - Zdejmij
plecak i odpocznij chwilę. Jak już będzie ci lepiej, to ruszymy dalej. - Po tym
zwrócił się do Bryzy oraz Napalma. - No to przymusowa przerwa. Chwilę
posiedzimy i ruszamy dalej.
Sam pierwszy zdjął swój plecak i usiadł na ścieżce. Napalm
poszedł za jego przykładem, a Bryza przytargała swój bagaż, który zostawiła
trochę dalej, gdy podbiegała do Speedy, po czym usiadła koło niej.
- Musiałaś nam przerzucać te wszystkie rośliny - przypomniała.
- To na pewno było ciężkie. Niedobrze, że padło na ciebie. Masz, zjedz coś,
napij się.
Podała jej zabraną kanapkę z podpłomyka oraz butelkę z wodą.
Speedy niemrawo zjadła posiłek, po czym położyła się na ziemi. Pozostali
obserwowali ją z niepokojem.
Jakby tego było mało, usłyszeli jakiś dziwny odgłos. Jakby
coś do nich podchodziło.
- O, dzik - zdziwił się Rambo.
- Chrum, chruuuum - zdziwił się dzik. Stał przez chwilę, nie
poruszając się. Za nim widzieli kilka warchlaków… Czyli maciora. Zaczęła drobić
racicami w ziemi.
Rambo chwycił strzelbę i wycelował w zwierzę.
- Będziemy mięli siłę na przytachanie do Novum dzika?
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, zjawiła się kolejna
maciora z młodymi. W tym momencie ta pierwsza zaczęła szarżować na Rambo, który
szybko nacisnął spust. Echo strzału rozbrzmiało w całym lesie, ptaki podniosły
się do lotu, a warchlaki z drugim dzikiem uciekły. A ich kolacja leżała teraz
na ziemi bez życia.
- Hmmm, Napalm… Dałbyś radę ponieść dziczyznę do domu? W
ogóle obawiam się, że w takim tempie nie dotrzemy do Novum przed zmrokiem -
wyraził swoje wątpliwości Rambo, nabijając broń i na powrót spoglądając na
Speedy. - Lepiej ci?
Troje jego towarzyszy patrzyło się na niego z otwartymi
ustami. Nie, żeby przed chwilą mieli bliskie spotkanie z dzikami. Nie, żeby
jeden dzik próbował ich zabić. Napalm pierwszy otrzeźwiał i podszedł do trupa,
rozglądając się niepewnie, czy aby tamte zwierzęta nie wrócą. Przyjrzał mu się.
- Powinno dać radę - ocenił, po czym uśmiechnął się szeroko.
- Będzie pieczeń z dzika!
- Ta, będzie, jak ją przytargasz - zgasiła go Bryza patrząca
z niepokojem na Speedy.
Dziewczyna była blada, a do tego wyglądało na to, że coraz
słabiej kontaktuje. Bryza potrząsnęła nią.
- Speedy! Obudź się!
Zawołana, zamrugała i spojrzała odrobinę przytomniej.
- Tak? Musimy iść, prawda? - wymamrotała.
Bryza utkwiła spanikowany wzrok w Rambo, szukając u niego
pomocy. Patrzyli tak na siebie chwilę, po czym Rambo zadecydował.
- Dobra, ja ją spróbuję ponieść, razem z moim plecakiem.
Napalm, będziesz musiał targać dzika i swój bagaż, a Bryza musi spróbować
przetrwać ze swoim tobołem i tym Speedy. Jeżeli nie dowleczemy się w ten sposób
do Wrzeszcza do zmroku, to będziemy musieli zanocować gdzieś po drodze. Co wy
na to? - zapytał.
- Wolałbym w domu, ale jak nie będzie wyjścia - westchnął
Napalm, już rozważając, jak najlepiej złapać dzika.
Bryza jedynie pokiwała głową. Przy braku sprzeciwów ruszyli
znów przed siebie. Znacznie bardziej obciążeni, poruszali się wolniej. Speedy
już czasem całkowicie odpływała, a nikt nie wiedział, co jej jest. Była
trupioblada, a jej twarz pokrywał pot. Drżała jak w gorączce.
Po przerażająco długim czasie dowlekli się do jakichś oznak
dawnej cywilizacji. Zawalony kościół nie mógł się jednak przydać do niczego.
Gdy go mijali, po lesie przetoczył się głośny grzmot. Wcześniejszego pioruna
nie dostrzegli, lecz właściwie nie mieli na to ochoty. Spadły pierwsze krople
deszczu. Niebo przecięła rozgałęziona błyskawica, tym razem doskonale widoczna.
Wkrótce po niej rozległ się grzmot.
- Jesteśmy na wzniesieniu. W lesie. W czasie burzy -
oznajmiła Bryza pozornie spokojnym tonem.
- Cholera jasna… Gorzej już być nie mogło… A nie, dobra,
przepraszam, jeszcze nie napadło nas stado wargów z wiewiórkami poganiaczami i
kilkoma zombiakami na dokładkę - prychnął Rambo. - Idziemy na osiedle i do
pierwszego lepszego budynku, który jako tako wygląda. Trzeba się ukryć… Może
nawet przenocować.
Po tych słowach ruszył drogą w stronę pobliskiego osiedla,
obserwując dokładnie okolicę z nadzieją na dostrzeżenie jakiegoś mało
zniszczonego budynku. Burza tymczasem rozpętała się na dobre. Zrobiło się tak
ciemno, że poszukiwania odpowiedniego lokum z daleka nie miało już sensu, mimo
że stosunkowo często niebo rozświetlały błyskawice. Deszcz lał się z nieba
strugami, więc po chwili wszyscy byli przemoknięci do suchej nitki. Podbiegli
do pierwszego budynku z brzegu, zdyszani, zmęczeni i wpadli na klatkę schodową,
gdzie mogli na chwilę odsapnąć.
Rambo położył Speedy pod ścianą, po czym zdjął plecak. Kazał
Napalmowi także zostawić toboły i dzika, a następnie ruszyli w poszukiwaniu
otwartego pomieszczenia. Właściwie to już to na parterze wyglądało w porządku.
W środku znaleźli nawet łóżka, choć większość przydatnych rzeczy musiała
zostać zabrana. Na przykład nie było pościeli, ubrań, szafki świeciły pustkami.
- Dobra, wbijamy tutaj. W szafach i pod łóżkami zombiaków
nie ma - powiedział Rambo.
Wrócił do Bryzy pilnującej Speedy na klatce schodowej.
Chwycił nieprzytomną dziewczynę w ramiona. Kazał swojej zastępczyni i Napalmowi
wziąć plecaki oraz dzika i wnieść do pomieszczenia. Zwierzak został upchnięty
do wanny, a Speedy położyło się w sypialni na łóżku.
- Hej, mała, budź się - Rambo starał się jakoś ocucić rudą,
jednocześnie potrząsając ją za ramię.
Dziewczyna dopiero po dłuższym czasie uniosła powieki.
Patrzyła na Rambo szklistym, nieprzytomnym wzrokiem, jakby nawet go nie rozpoznawała.
Trzęsła się, lecz możliwe, że jedynie z zimna.
Bryza stanęła za dowódcą.
- Myślisz, że ona się przemienia? - wyszeptała przerażona. -
Że gdzieś się zaraziła?
- Cholera, ale jak? Nic jej teraz nie pogryzło. - Rambo sam
nie za bardzo wiedział, co się dzieje. - Może dostała jakiegoś zakażenia, kiedy
się skaleczyła tą różą? - Dotknął jej czoła. Wydawało się normalne, ale co on
tam wie. To dziewczyny się znały na mierzeniu temperatury rękami. Z drugiej
strony dygotała… Więc musiało być jej zimno. Poza tym, była przemoczona. -
Napalm. Weź ją wysusz. Potem mnie i Bryzę też. - Wyszczerzył do kolegi zęby.
Starał się nie myśleć o tym, że Speedy mogła zostać zzombiaczona, choć pierwsze
objawy się zgadzały… Ale jak?
- Sie robi, szefie - Napalm silił się na beztroski ton.
Zbliżył się do Speedy, otaczając swoje dłonie płomieniami.
Trzymał je nad dziewczyną, a ogień suszył przemoczone ubranie. Trochę to
trwało, szczególnie że jeszcze trzeba było potem przewrócić Speedy na brzuch.
Zdawało się, że ciepło naprawdę jej pomaga. Drżała jakby odrobinę mniej.
- Mamy dwa puste worki - poinformowała Bryza, sama trzęsąc
się z chłodu. - Moglibyśmy ją przykryć. To niewiele, ale zawsze coś…
Rambo myślał chwilę, po czym przeszedł do innego pokoju.
Widział tam wcześniej wersalkę, może w niej została jakaś pościel? W końcu kto
by tachał teraz kołdry… Kiedy otworzył ją, uśmiechnął się, widząc kołdrę i dwie
poduszki. Wyjął je i zaniósł do pomieszczenia, gdzie leżała Speedy. Napalm
akurat skończył suszyć dziewczynę, więc Rambo zarzucił na nią kołdrę i wsunął
pod głowę poduszkę.
- Dobra… Zobaczymy co będzie dalej. Mam nadzieję, że ta jej
choroba nie posunie się dalej… Cokolwiek to jest. Tymczasem, Napalm, wysusz
nas, bo rozbijemy sobie zęby, szczękając tak z zimna.
- Gdyby było drewno, można by ognisko rozpalić. - Wzrok
Napalma powędrował do najbliższej, opustoszałej szafy. - Może…?
- A nie lepiej wykorzystać kominek? - zapytał z ironią
Rambo.
- No rzeczywiście - uśmiechnął się, widząc zakamuflowany
kominek w rogu pomieszczenia.
Obaj mężczyźni przyszykowali stos drewna złożony z
połamanych mebli, po czym Napalm rozpalił w palenisku. Biegnące stamtąd ciepło
mogło pomóc także Speedy. O okno, o dziwo całe, bębnił deszcz, a co jakiś czas
echem niosły się grzmoty, jednak w pomieszczeniu zrobiło się możliwie
przyjemne. Napalm osuszył jeszcze siebie oraz Bryzę i Rambo.
Bryza usiadła skulona pod ścianą, wpatrując się w Speedy.
Wydawało się, że stan dziewczyny się ustabilizował, co wcale nie znaczyło, że
jest dobrze. Czasem otwierała oczy i toczyła rozbieganym wzrokiem po
pomieszczeniu. Wciąż się pociła, jednak przynajmniej nie drżała.
Deszcz ciągle lał, choć burza się oddaliła. Teraz tylko od
czasu do czasu widzieli rozbłyski na zewnątrz, które jednak niewiele
rozjaśniały okolicę. Grzmoty przerodziły się w odległe pomruki. Rambo spojrzał
na zegarek na ręku. Była godzina dziewiętnasta. Westchnął i wstał, chcąc
ponowić próbę kontaktu ze Speedy. Usiadł obok niej na łóżku i znowu potrząsnął
lekko jej ramieniem.
- Speedy… Obudź się… No co z tobą? - westchnął. Obawiał się,
że dziewczyna rzeczywiście niedługo zzielenieje, lecz nie chciał tego
wypowiadać na głos, jakby to mogło urzeczywistnić tę myśl. Ponownie potrząsnął jej
ramieniem, jednak bez większych nadziei.