Hej! Podczas gdy An-Elenel narzeka na załamanie pogody na weekend, wyjechana z domu Selene jęczy na skwar. Cóż, każdy niezadowolony ;] Mamy nadzieję, że u Was akurat jest w sam raz, a do tego dobra atmosfera do czytania kolejnego rozdziału. Także po prostu: miłej lektury! ;)
Wszyscy kończyli
właśnie posiłek, kiedy od strony klatki schodowej doszedł ich dźwięk ciężkich
kroków. Moment później do kuchni zajrzeli Rambo i Napalm. Mężczyźni położyli na
ziemi worki, w których coś zagrzechotało. Paliwa najwyraźniej nie znaleźli, ale
chyba zgarnęli jakieś narzędzia. Rambo zamarł, gdy dostrzegł gości, a Bryza
poderwała się z miejsca.
- To Tomasz i Gosia
- wyjaśniła. - Są teraz sami. Postanowiłam ich ugościć.
Starała się mieć
pewną minę, choć obawiała się odrobinę reakcji przywódcy. Rambo patrzał na nią
chwilę, jakby chciał odnaleźć w jej oczach jakieś dalsze wytłumaczenie, ale
ostatecznie nic do niej nie powiedział. Zwrócił się za to do gości:
- Bardzo nam miło.
Rambo - przedstawił się. - Podróżujecie i poszukujecie lepszego miejsca dla
siebie?
- Tak, dokładnie…
Wcześniej byłem w grupie ze śródmieścia, jednak wyrzucili nas z siostrzenicą.
- O, a za cóż to?
- Byliśmy uważani
za darmozjady. Nie chciałem zostawiać Gosi samej, gdy grupami szukaliśmy
jedzenia, a nie chciałem jej też brać ze sobą, więc… w końcu się doigrałem.
Choć byłem tam wyłącznie, by mieć wokół siebie ludzi, nieważne, jak podłych.
Mężczyzna z
siostrzenicą, na dodatek już go raz wywalono za nieprzydatność… świetnie,
pomyślał Rambo. Przebiegł wzrokiem po twarzy Tomasza. Była wychudła, koścista,
na policzkach rósł mu jasny zarost. We włosach dostrzegł siwiznę, choć facet
sprawiał wrażenie trzydziestoparolatka. Dziewczynka natomiast miała słodką
buzię, ciekawskie spojrzenie i uśmiech aniołka. Zdecydowanie lepiej się
odżywiała od swojego opiekuna, który zapewne sobie od ust odejmował, aby
nakarmić małą.
Bryza zerknęła na
Rambo.
- Możesz na słówko?
- zapytała, spoglądając przepraszająco na gości.
Kiwnął głową i
wyszedł z nią dalej do innej sali.
- No dobra, co to
za pomysł? Wzięłaś ich z ulicy czy jak?
- Zobaczyłam Gosię
w oknie Nowego Eti - wyjaśniła Bryza. - Poszliśmy to sprawdzić, a potem zjawił
się Tomasz. Pomyślałam, że moglibyśmy ich… ugościć. No wiesz, dobry uczynek. -
Nerwowo splotła dłonie. - Może byśmy ich przygarnęli?
Rambo chwilowo
zatkało.
- Masz syndrom
braku rodziny czy coś? Chociaż powiedziałaś to bardziej, jakbyś chciała
przygarnąć kotka i pytasz się o to mamusi. - Patrzył na nią dziwnie, z lekka
rozbawiony. - Znaczy ten… Jesteś jakąś niespełnioną matką czy coś?
Bryza wytrzeszczyła
oczy.
- Pogięło cię?! -
syknęła. - Uważasz mnie za jakąś wariatkę? Nie traktuję ich jak bezdomnych
kotków. To są ludzie. I uznałam, że - jak ludzie - moglibyśmy im pomóc zamiast
skazywać na włóczenie się po okolicy. Ale jak nie chcesz, to nie. Spoko.
Skończą jeść i się pożegnamy.
Gwałtownie
skrzyżowała ręce na piersi, po czym odwróciła się napięcie, by wrócić do
kuchni.
- Jasne, jasne, już
się obraziła - mówiąc to, złapał Bryzę za ramię i obrócił do siebie przodem. -
Po pierwsze, nie lubię, jak mi wciskają w usta nie moje słowa. Więc mi tu nie
kłam. Po drugie, jeszcze nic na ich temat nie powiedziałem. Akurat bardziej
mnie zaciekawiła ta grupa ze śródmieścia. A Tomek i Gosia niech sobie zostaną.
No chyba, że coś będzie nie tak. W ogóle co ci o sobie powiedzieli? Facet jest
czysty? Nie pogryziony czy coś? Ma mutamoce?
- Prawdę mówiąc,
nie wiem… - Skrzywiła się. - Pogryziony raczej nie jest, ale co do mutamocy...
- Wzruszyła ramionami. - On nie sprawia wrażenia mutanta, za to mała jest
sounderką.
Bryza została w
miejscu, jednak wciąż trzymała ręce na piersi, lekko obrażona.
- Oł… Mam nadzieję,
że nikt jej nie doprowadzi do płaczu. - Zamyślił się na chwilę, po czym z
powrotem skierował uwagę na Bryzę. - Nie bocz się. Naprawdę zabawnie brzmiałaś,
a to przecież nie moja wina. Mam po prostu dobry humor, trochę puszek z żarciem
nazbieraliśmy. Zastanawialiśmy się nawet, czy by nie wziąć tych z kocim
żarciem. Otworzyłoby się je, zleciałyby się koty, a my je na obiad.
Bryza mimo prób
dalszego utrzymywania focha parsknęła śmiechem.
- W sumie… czemu
nie? - uznała. - Trochę świeżego mięsa nam nie zaszkodzi. Z drugiej strony, nie
zdziwiłabym się, gdyby to kocie żarcie okazało się całkiem smaczne. A co
jeszcze zdobyliście? Paliwa, jak mniemam, wciąż brak? Speedy będzie
niepocieszona…
- W końcu się
znajdzie. Trzeba się tylko przejść bardziej na peryferie miasta. Poza tym,
zgarnęliśmy trochę narzędzi, żeby naprawić tego złoma. Będzie jak nowy. Choć
przydałoby się go potem pomalować… Byle Elektra się za to nie zabierała.
Zresztą, chodźże już do kuchni, głodny jestem. Te puszki z jedzeniem i
narzędzia są trochę ciężkie - powiedział i zaczął lekko popychać dziewczynę w
stronę drzwi.
- Dobra, dobra,
obżartuchu - mruknęła. - A co do tej drugiej grupy, przydałoby się nawiązać
jakiś kontakt w niedalekiej przyszłości. Ogarnąć, kto to taki, nie? Dobra,
chodź już jeść - zakończyła, widząc, że Rambo myślał w tym momencie tylko o
jednym.
W kuchni usiadł
przy Napalmie i razem zaczęli wcinać trochę za dużo niż wypadało ze względu na
oszczędność, ale nie przejmowali się tym teraz. W perspektywie przyszłych
obiadów wciąż mieli dużo konserw oraz ewentualne koty.
Gdy przy stole
zapadło milczenie, Kitty nagle zerwała się z miejsca, a po chwili wróciła z
talią starych kart do Piotrusia z postaciami z Harry’ego Pottera. Bryza nawet
nie miała pojęcia, skąd młoda je wytrzasnęła. Nastolatka usiadła obok Gosi i
choć dziewczynka nieufnie odnosiła się do obcych, ostatecznie zaczęła grać z
Kitty. Kto by pomyślał, że Kitty, która zawsze chciała wydawać się starsza,
może „zniżyć się” do poziomu dziecka.
Wkrótce zjawiły się
również Śnieżka ze Speedy, targając plecaki z tym, co udało im się zdobyć.
Ponownie nastąpiła prezentacja gości oraz pozostałych członków Oiowskiej grupy.
- Dużo was tu
jeszcze? - zapytał zaciekawiony Tomasz. Zauważył, że podział obowiązków działa
tutaj odpowiednio, ale jeżeli jedni szukali paliwa, a nazbierali jedzenie,
drudzy też, to co tu reszta mogłaby przynieść?
- Nie, tylko my -
odparł krótko Rambo. - Widzę, że nie macie ze sobą żadnych śpiworów czy czegoś.
Przydałoby się skądś skołować, bo noce są zimne. Chce ktoś się ruszyć? -
zapytał patrząc po swojej drużynie.
Bryza pokręciła
głową, dotykając ostrożnie rannej nogi.
- Ja nadal odpadam
- oświadczyła. - Dość już się dzisiaj nachodziłam.
Speedy ziewnęła
szeroko, popijając sok.
- Jestem
wykończona, może ktoś inny?
- Ja mogę pójść -
oznajmił Napalm, przeciągając się. - Śnieżynko, a ty?
- Będzie teraz
ciągał za sobą nieszczęsną, umęczoną kobietę. - Westchnęła ciężko i nalała
sobie wody do kubka. - Daj chwilę odpocząć i zjeść, to pójdę - stwierdziła w
końcu i zabrała się za pałaszowanie. - Można by było coś świeżego przy okazji
upolować.
- Ta, koty -
mruknęła Bryza z rozbawionym uśmiechem. Pochyliła się w stronę Rambo. - Trzeba
by było powiedzieć reszcie, że oni zostają - szepnęła.
- Yyyy… taaa…
Ekhem… Tomasz i Gosia trochę z nami zostaną. Znaczy ten, jak chcecie, to
możecie na dłużej, dzisiaj trochę zapasów się zebrało… Poza tym, powstały nowe
techniki łowieckie, więc damy radę - Rambo spojrzał na Gosię i postanowił na
wszelki wypadek nie wspominać, kiedy będą mieli kota na obiad.
- Czyli… Możemy z
wami zamieszkać? - niedowierzał Tomasz.
- No chyba… Nie
wyrzucimy was przecież, chyba że sami będziecie chcieli odejść. Oczywiście
przydzielimy ci jakieś obowiązki. Zawsze na przykład ktoś stoi na dachu i
wypatruje zagrożenia.
Tomasz zaczął im
dziękować za opiekę oraz gościnność i zapowiedział wstępnie, że zostanie z nimi
na dłużej. Gosia, pochłonięta grą z Kitty, chyba nawet nie zarejestrowała
informacji. Pewnie nawet przez myśl jej nie przeszło, że będą musieli stąd
odejść. Członkowie starej drużyny, początkowo zaskoczeni, ucieszyli się na
wieść o nowym towarzystwie.
- Będzie miło -
zapewnił Napalm, wstając. - Śnieżka, wychodzimy za pięć minut.
Wyszedł z kuchni,
by opłukać jeszcze pokrytą kurzem twarz przed ponownym wybraniem się w teren.
- Co za despota -
prychnęła.
Często się na niego
wściekała, choć z jakiegoś powodu lubiła go mimo wszystko. Nagle wpadło jej do
głowy wspomnienie, jak jakieś pół roku wcześniej, podczas akcji podobnej do
ostatniego ataku na Oio, gdy niewiele widziała, panował chaos i przestała
rozróżniać przyjaciół od wrogów, omal nie odstrzeliła Napalmowi głowy. Przez
nią by nie żył. Przeszło jej przez myśl, że wolała go takiego aniżeli martwego.
Zjadła jeszcze
trochę, a następnie nałożyła sobie na zrobiony właśnie przez Elektrę podpłomyk
trochę paprykarza na wynos i poszła za Napalmem, zgarniając po drodze broń.
Spotkali się pod budynkiem, po czym ruszyli na miasto.
- Gdzie tu można
znaleźć śpiwory…? - zastanowił się Napalm, mierzwiąc sobie jasne włosy. - Był
taki sklep HiMountain, tylko że… w Galerii Bałtyckiej - zakończył smętnie. -
Ryzykujemy kolejną wycieczkę do galerii czy masz lepszy pomysł?
- A w Manhattanie
nic nie ma? Poza tym chyba większość społeczeństwa miała gdzieś na pawlaczach
czy w szafach śpiwory, więc jak nie znajdziemy w sklepach, to możemy po
mieszkaniach się przejść. No i jest jeszcze Auchan… Tyle że daleko. Questa
byśmy mieli jak na Górę Przeznaczenia.
- W sumie zombiaki
jak orkowie - przyznał ze śmiechem. - No dobra, pochodźmy po mieszkaniach.
Wybrali bloki
najbliżej terenu politechniki. Napalm objął spojrzeniem niewielką uliczkę i
uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Pamiętam, jak
tędy biegałem na zajęcia, już spóźniony o dziesięć minut - stwierdził. - Z
zombiakami za plecami gnałbym pewnie jeszcze szybciej.
- O, nie spaliłbyś
ich? Nowość. A co studiowałeś? - zapytała, również przeczesując jednocześnie
wzrokiem teren. Wiele budynków było w ruinie, ale pewnie właśnie w takich
zachowało się najwięcej przydatnych rzeczy. W końcu mało kto ryzykowałby uwięzieniem
w szczątkach budowli.
- Informatykę -
przypomniał. - Mówiłem już, ale najwyraźniej nie zwracasz na mnie uwagi. -
Zrobił smutną minę. - A ty?
- To straszne -
odparła beznamiętnie. Zorientowała się, że rzeczywiście wspomniał o tym, ale
jakoś przeleciało jej to wtedy przez głowę. - Geodezję i kartografię na WILIŚu.
- Jesteś taka
nieczuła - odparł z miną niesłusznie zbitego psa. - A swoją drogą, mogłabyś
zrobić kiedyś mapę terenu z zaznaczonymi najważniejszymi informacjami.
- O tak, świetnie,
wezmę karteczkę, narysuję kwadracik i podpiszę Oio. - Spojrzała na niego jak na
głupka. - Nie ma sprzętu, nie ma geodezji. Zresztą nie wiem, po co. Równie
dobrze możemy znaleźć w kiosku mapę i podpisać, co trzeba lub dorysować. Poza
tym studiowałam tylko rok, więc nie oczekuj ode mnie cudów.
- Ale ty jesteś
drażliwa - prychnął. - Królowa Lodu od siedmiu boleści.
Rozejrzał się po
okolicy, wypatrując zombiaków, lecz teren zdawał się czysty. Skierował się do
jednego z częściowo zawalonych bloków. Mniej więcej połowa budynku jeszcze
stała, ale nie wiadomo, jak długo.
Napalm pierwszy
przeszedł przez otwór po drzwiach. Przy pasie trzymał długi nóż myśliwski,
jednak z reguły bardziej opierał się na swoich ognistych zdolnościach.
- Taaa… Chociaż trochę
brak mi poddanych wypełniających każdy mój kaprys. - Wyszczerzyła zęby,
wyciągając jednocześnie pistolet. - Wchodź w pierwsze lepsze mniej zawalone
mieszkanie. Przeszukamy budynek od góry do dołu, ile się da.
Napalm zamierzał
jeszcze się odgryźć przeklętej księżniczce, ale postanowił odpuścić. Na razie,
rzecz jasna. Po prostu teraz oboje powinni się skupić na aktualnej misji.
Wytworzył kulę ognia nad dłonią, by oświetlić ciemną klatkę schodową. Pierwsze
otwarte mieszkanie ominął. Było łatwo dostępne, więc na pewno wszystko zostało
już dawno wykradzione.
Weszli na piętro,
gdzie do środka wpadało więcej światła z powodu braku sporej części ściany.
Nie, żeby to dużo pomagało, bo na dworze i tak panował tradycyjny półmrok.
Napalm nacisnął
klamkę wciąż całych, choć zniszczonych drzwi obok. Zamknięte.
- Tu możemy znaleźć
coś fajnego - mruknął do Śnieżki.
Naparł barkiem na
drzwi, lecz nie chciały puścić. Skrzywił się z niezadowoleniem.
- Umiesz otwierać
zamki?
- Coś ty? Żaden
szlachetny złodziej jeszcze mnie nie nauczył. Myślisz, że dałbyś radę stopić
zamek? - zapytała.
- Drzwi są z
grubsza drewniane - zauważył, patrząc na Śnieżkę pobłażliwie.
Zwiększył płomień
otaczający jego dłoń i wbił go w prawą część drzwi - tam, gdzie znajdowały się
zawiasy. Drewno pokryte lakierem jakoś niespecjalnie chciało się zająć ogniem,
ale ostatecznie nadpaliło się dosyć, by zawiasy mogły puścić. Napalm kopniakiem
wyważył drzwi, po czym z dumną miną zerknął na Śnieżkę. Dziewczyna przez cały
czas jego pracy lekko się uśmiechała.
- No. O to mi
chodziło. I po co robiłeś problemy, to ja nie wiem.
Napalm puścił ją
pierwszą, więc weszła do środka lekkim krokiem z pistoletem w pogotowiu. Zanim
Napalm zdążył zrobić krok za nią, usłyszał krzyk towarzyszki oraz dziki ryk
kogoś jeszcze. Już po chwili wyleciała z mieszkania wraz z zombiakiem i
przetoczyli się po schodach na dół.
Napalm zeskoczył za nimi. Śnieżka
szamotała się rozpaczliwie z wyraźnie wygłodniałym, szalonym zombiakiem. Złapał
napastnika za koszulę, lecz gdy pociągnął, w ręku pozostał mu oderwany
materiał. Walczący przeturlali się, prawie zwalając z nóg mężczyznę. W
migotliwym świetle ognia niewiele widział. Otoczył płomieniami swoje dłonie i
złapał zombiaka za szyję. Tamten zawył z bólu. Napalm gwałtownym ruchem
ściągnął go ze Śnieżki, po czym rzucił o ścianę. Wyszarpnął z pochwy nóż.
Jednym ruchem poderżnął przeciwnikowi gardło.
Odwrócił się do towarzyszki i
wyciągnął rękę w jej stronę, oczywiście już niepłonącą.
- Wszystko w porządku? - zapytał z
troską.
Śnieżka odetchnęła z ulgą,
przecierając oczy. Chwyciła pomocną dłoń i wstała. Zanim jednak zdążyła
cokolwiek więcej zrobić, budynek stwierdził, że ma już dość. Kawałek stropu
zawalił się zaraz za nimi, posyłając ich znowu na posadzkę. Na ich głowy
posypał się tynk oraz inne większe lub mniejsze odłamki gruzu.
Napalm zakrztusił
się od kurzu i pyłu. Cofnął się, a odłamek wielkości sporej pięści przeleciał
tuż przed jego oczami. Mężczyzna po omacku chwycił Śnieżkę za ramię, po czym
pociągnął w kierunku wyjścia. Do pokonania mieli jeszcze kilka schodków
dzielących ich od parteru. Jakimś cudem zdołali utrzymać równowagę. Coś
ciężkiego spadło Napalmowi na kark, aż się zachwiał, jednak szybko doszedł do
siebie. Wypadli na ulicę, a potem odbiegli dalej - słusznie, bo budynek
przechylał się niebezpiecznie.
Kaszląc, przysiedli
na ulicy, by odpocząć.
- No dobra… Z tymi
walącymi się budynkami to był chyba błąd – oznajmiła Śnieżka, ścierając z
twarzy krew zmieszaną z pyłem. Serce biło jej jak szalone, więc położyła się na
ziemi i zamknęła na chwilę oczy. Gdyby nie Napalm, już by nie żyła… Jakby go
wtedy, pół roku temu, zabiła, też byłaby kicha… - Dzięki za pomoc. Ta
rozkładająca się gęba zombiaka będzie mi się miesiącami śniła w koszmarach.
Skubany nas usłyszał i musiał poczekać na odpowiedni moment.
- Jak na moje, to pewnie długo tam
siedział, a my się po prostu napatoczyliśmy. Był już całkiem szalony. Musiał
długo nie żreć ludzkiego mięsa. - Napalm otarł sobie usta, bezskutecznie
próbując pozbyć się posmaku kurzu. - Nie
użarł cię? Ani nie podrapał? - spytał po chwili, przyglądając się Śnieżce
uważnie.
- Nie. Udało mi się go jakoś
powstrzymać, choć w pewnym momencie myślałam, że złapie mnie za szyję i przy
okazji odgryzie mi nos. - Parsknęła śmiechem, trochę histerycznie. - Tym gruzem
tylko oberwałam w głowę, ale to nic poważnego. A jak z tobą? - W końcu
otworzyła oczy i spojrzała na niego.
- Ja? Oczywiście, że nic mi się nie
stało! - Wyprężył się niczym rycerz. Co prawda, kark go trochę bolał, a krew
ściekała ciepłym strumykiem za kołnierz, lecz po co o tym wspominać? -
Uratowałem ci życie - dodał ze znaczącym uśmiechem. - Chyba wiesz, co wtedy
robią księżniczki?
- Idą spać? Dają białą chusteczkę?
Sorry, akurat nie mam żadnej - zaśmiała się. - Chyba że na coś konkretnego
liczysz.
- No wiesz. - Przewrócił oczami. -
Nie oglądałaś bajek jako dziewczynka? Prawdziwa miłość, pocałunek, ślub i żyli
długo i szczęśliwie… - Uśmiechnął się szeroko.
Śnieżka aż się zarumieniła, patrząc
tak na niego ze zdziwieniem.
- Eeee… Ale ty to tak na serio?
- No cóż, rozmawiać
o ślubie chyba za wcześnie, jednak od pocałunku można zacząć - odparł
rozbrajającym tonem.
- Jesteś stuknięty.
- Śnieżka potrząsnęła głową. - I mówi to facet, który tylko raz mnie uratowa…
eee… Znaczy się… Nieważne. - Po słowach Napalma zrobiła się lekko zakręcona. -
Może ruszymy się w dalszą podróż po ten śpiwór, co? - mimochodem zmieniła
temat, wstała i się otrzepała.
- I znowu robi się
lodowata. - Westchnął z żalem. - A ile razy muszę cię uratować, żeby zasłużyć
na pocałunek? - zapytał zaraz, również wstając. - Pamiętaj, że uratowałem cię
też pół roku temu, gdy nas otoczyły zombiaki, a ty oberwałaś w głowę. Musiałem
cię nieść.
- Bohaterze -
odparła beznamiętnie. - Ale wiesz… Żeby zasłużyć na buziaka, to nie tylko
ratowanie jest istotne. No wiesz, oglądałeś bajki. Jeszcze wszystko jest
możliwe. Nie, żebym nie była ci wdzięczna. - Spojrzała na niego w końcu.
Rumieniec już spełzł jej z policzków. - No bo jestem, nie widać? - Uśmiechnęła
się, jakby chciała teraz tego dowieść.
- Nie, nie widać -
stwierdził, strzepując z siebie pył. - A w bajkach wystarczy uratowanie życia.
Oczywiście mówię o tych tradycyjnych bajkach, nie tych, gdzie księżniczki dają
książętom w twarz… No mniejsza - dodał szybko. - Zobaczymy, co jeszcze jest dla
ciebie istotne.
Cóż, wyzwanie
zostało rzucone. Nie mówiąc więcej, Napalm ruszył do innego bloku, tym razem
mniej zniszczonego. Śnieżka uśmiechając się pod nosem podreptała za nim. Co za
człowiek. Zauważyła, że od jakiegoś czasu chętniej się z nią droczył, ale
takich słów się nie spodziewała. Choć to było miłe, że się nią interesował. Aż
tak.
Nie odzywając się, tym razem weszli na wyższe
piętro i ponownie spróbowali swojego szczęścia. Drzwi były zamknięte, już jakiś
plus, więc Napalm zabrał się za nie podobnie, jak przy poprzednich. Gdy zawiasy
zostały wyrwane, Śnieżka poczekała, aż mężczyzna wejdzie pierwszy i dopiero
wtedy podążyła za nim.
Znaleźli się na
korytarzu, dosyć zagraconym, gdyż z wieszaków oraz z szaf powypadały stare
płaszcze i kurtki. W najbliższym pokoju dla odmiany znaleźli kości ludzkie, ale
nic ciekawego poza tym. Zresztą Śnieżka nie chciała przebywać dłużej w tym
pomieszczeniu, więc przeszła gdzie indziej. Pod jej butami zachrzęściło szkło z
rozbitego akwarium.
- Hej, chodź tu coś
zobaczyć - zawołała do towarzysza.
Gdy Napalm się
zbliżył, wskazała mu leżący na ziemi, zawalony odłamkami szkła i kilkoma
książkami, miecz. Kiedyś zapewne wisiał na ścianie lecz po apokalipsie musiał
się zerwać.
- Niezły, co?
Napalm stanął jak
wryty ze wzrokiem utkwionym w broni. Po chwili rzucił się wyciągnąć miecz spod
śmieci i podniósł go z nabożną czcią.
- To miecz Aragorna
- wyszeptał. - Masz pojęcie, ile to było warte? Niezły metal, dobrze zrobiony -
orzekł, przyglądając się ostrzu. Następnie ostrożnie przeciągnął po nim
paznokciem. - I jeszcze trochę ostry. Ale czad!
Zamachnął nim z
wprawą. Nie walczył już mieczem od półtora roku, jednak pewnych rzeczy się nie
zapomina. W ciasnym pomieszczeniu wykonał parę pchnięć, strącając przy tym
ostatnią półkę wiszącą na ścianie.
- No szczerze
mówiąc, brakowało ci tylko długich ciemnych włosów, by wpisać się idealnie w
scenę z filmu. Podejrzewam jednak, że średnio ci się przyda, choć książę z
mieczem zawsze lepiej wygląda. Poza tym, ciekawe co za kuźnie robiły takie
odpowiedniki mieczy z filmów.
- Nie masz pojęcia,
ile fanów marzyło o odpowiednikach broni z filmów - mruknął, wciąż przyglądając
się z namaszczeniem znalezisku. - A jak się umie walczyć mieczem, to się
przyda. Tylko go naostrzę i na zombiaków będzie jak znalazł… - Urwał nagle,
marszcząc brwi, po czym spojrzał na Śnieżkę. - Uważasz mnie za księcia?
- No… Mówiłeś, że
chcesz chociaż prosperować na księcia - odparła z uśmiechem. Jak chce się
pobawić w bajkę Disneya, proszę bardzo, pomyślała rozbawiona. - Więc nie
napalaj się, tylko chodź śpiwora szukać. - Znowu sprowadziła go na ziemię, po
czym odwróciła się i zaczęła przeglądać szafki na korytarzu. - Przetrząśniesz
pawlacz? W końcu jesteś trochę wyższy...
Napalm patrzył na
Śnieżkę przez chwilę, aż wreszcie oparł miecz o ścianę, by móc obiema rękami
otworzyć drzwiczki pawlacza. Z góry zwaliła się na niego horda rzeczy. Cofnął
się, bezskutecznie osłaniając głowę.
- Ojojoj… Walcz,
rycerzu! - ze śmiechem dopingowała go dziewczyna.
Zerknął na nią
posępnie, wygrzebując się spod pakunków oraz pudeł. Zgarnął to, co jeszcze
zostało w pawlaczu, po czym zajął się przeszukiwaniem stosu.
- O, patrz, butla
gazowa. - Akurat ona szczęśliwie nie trafiła w niego podczas upadku. - Nie będzie
trzeba przez jakiś czas zapalać ogniska w kuchni. Strasznie kopci… - Odłożył
rzeczoną butlę na bok. - Saperka… Mamy jedną, ale przyda się druga… Są i dwa
śpiwory… Dwie karimaty… Też warto wziąć. No dobra, nic więcej wartościowego nie
widzę. Chyba że chcesz misia.
Wyciągnął foliową
siatkę, w której ściśnięto parę pluszaków - zapewne, aby się nie kurzyły.
Rozerwał ją, wyjął brązowego, uroczego misia i pokazał Śnieżce.
- Mmm… Śliczny. -
Wzięła go w ręce i przyjrzała mu się z uśmiechem. - Dzięki. Resztę można dać
Gosi, ucieszy się… Mam nadzieję. Nie no, ładne są, musi się ucieszyć. -
Odwróciła się do Napalma plecami i wyjęła z szafy wieszak z grubym, ciemnym
kożuchem z futrzastym kołnierzem. Pokazała mu go. - A tobie mogłoby się przydać
to. No wiesz, na zimne noce. - Wyszczerzyła do niego zęby.
- Na zimne noce są
inne sposoby na ogrzanie - zauważył, z niepokojącym uśmiechem patrząc na
Śnieżkę. - Ale dzięki. - Wziął kożuch. - Będzie pasował do miecza i imidżu
rycerza.
- Założę, że nie
słyszałam lepkich podtekstów. Co do kożuszka, to trochę będzie krępował ruchy,
lecz jak ci się podoba…
Śnieżka pomyślała,
że Napalm to w sumie zabawny gość… Odejmując zboczone podteksty. I denerwujące
teksty. I w ogóle to, że się do niej przyczepił jak głupi, przez co częściej do
niej zagadywał z głupimi słowami. Ale dostała misia. No i facet ją uratował.
Czasami nawet starał się być miły… Właściwie, jak będzie miała takiego
ochroniarza - bo pewnie pomyślał sobie, że teraz musi ją ciągle ratować przed
zagrożeniem życia, by zapracować na buziaka - do tego jeszcze zacznie się bawić
w księcia, może być nawet zabawnie.
Gdy uzbierali łupy
i wsadzili je w znalezione wory, ruszyli w drogę powrotną do Oio. Pół godziny
później byli już w domu - akurat przed zapadnięciem zmroku. Na dziewiątym
piętrze przywitał ich Rambo. Chciał zobaczyć, co ciekawego zdobyli. Butla z
gazem została od razu wstawiona do kuchni, a śpiwory przekazano Tomaszowi.
Rambo pozwolił im spać, gdzie mają ochotę - albo w pomieszczeniu z nimi, albo w
jakimś innym. Dodatkowo Gosia została obsypana znalezionymi pluszakami, oprócz
jednego, którego zachowała sobie Śnieżka. Przez ten gest dwoje poszukiwaczy od
razu zyskało sobie jej pełną przychylność. Na koniec Napalm mógł się pochwalić
mieczem przed drużyną. Speedy oglądała broń z zachwytem przez pięć minut, aż
wreszcie odważyła się nim zamachnąć. Niestety, miecz okazał się dla niej za
ciężki. Z zazdrością oraz podziwem obserwowała więc następnie, jak Napalm nim
włada przy włączonej muzyce z „Władcy Pierścieni”.
Na koniec zrobili
małą imprezę powitalną, która jak zwykle przerodziła się w dużą. W jej trakcie
Gosia została położona do snu, a reszta (prócz jednego nieszczęśnika stojącego
na dachu) bawiła się w najlepsze.