Półtora roku temu wybuch Yellowstone spustoszył połowę Ameryki Północnej, a wulkaniczny pył osiadł także na całej półkuli północnej i pozostał w atmosferze niczym nieustające, ciemne chmury. Wybuch wzbudził również inne wulkany, a trzęsienia ziemi uszkodziły reaktory jądrowe.

Miliony, miliardy ludzi zginęło.

Wśród ocalałych pojawiła się nieznana choroba, która zmieniała ludzi w kanibali. Ich głód ludzkiego mięsa można porównać do wampirzego pragnienia znanego z książek.

Skażenie lub groza sytuacji obudziła u niektórych niewyjaśnione mutamoce.

Panuje półmrok spowodowany pyłem w atmosferze, ale w Europie z rzadka da się już dostrzec przebijające się z trudem promienie słońca. W zniszczonych, opustoszałych miastach trwa walka o przetrwanie.

Ogłoszenia

Pierwsze pięć rozdziałów zostało lekko edytowanych. Zmiany, jak uprzedzałyśmy, nie tyczą się głównej fabuły, tylko błędów stylistycznych oraz związanych z charakterami postaci. Nie ma potrzeby, by ci, którzy czytają na bieżąco, musieli wracać do tamtych rozdziałów, ale piszemy o fakcie zmiany dla zachowania porządku.

sobota, 26 lipca 2014

Rozdział 7

Hej! Podczas gdy An-Elenel narzeka na załamanie pogody na weekend, wyjechana z domu Selene jęczy na skwar. Cóż, każdy niezadowolony ;] Mamy nadzieję, że u Was akurat jest w sam raz, a do tego dobra atmosfera do czytania kolejnego rozdziału. Także po prostu: miłej lektury! ;)



Wszyscy kończyli właśnie posiłek, kiedy od strony klatki schodowej doszedł ich dźwięk ciężkich kroków. Moment później do kuchni zajrzeli Rambo i Napalm. Mężczyźni położyli na ziemi worki, w których coś zagrzechotało. Paliwa najwyraźniej nie znaleźli, ale chyba zgarnęli jakieś narzędzia. Rambo zamarł, gdy dostrzegł gości, a Bryza poderwała się z miejsca.
- To Tomasz i Gosia - wyjaśniła. - Są teraz sami. Postanowiłam ich ugościć.
Starała się mieć pewną minę, choć obawiała się odrobinę reakcji przywódcy. Rambo patrzał na nią chwilę, jakby chciał odnaleźć w jej oczach jakieś dalsze wytłumaczenie, ale ostatecznie nic do niej nie powiedział. Zwrócił się za to do gości:
- Bardzo nam miło. Rambo - przedstawił się. - Podróżujecie i poszukujecie lepszego miejsca dla siebie?
- Tak, dokładnie… Wcześniej byłem w grupie ze śródmieścia, jednak wyrzucili nas z siostrzenicą.
- O, a za cóż to?
- Byliśmy uważani za darmozjady. Nie chciałem zostawiać Gosi samej, gdy grupami szukaliśmy jedzenia, a nie chciałem jej też brać ze sobą, więc… w końcu się doigrałem. Choć byłem tam wyłącznie, by mieć wokół siebie ludzi, nieważne, jak podłych.
Mężczyzna z siostrzenicą, na dodatek już go raz wywalono za nieprzydatność… świetnie, pomyślał Rambo. Przebiegł wzrokiem po twarzy Tomasza. Była wychudła, koścista, na policzkach rósł mu jasny zarost. We włosach dostrzegł siwiznę, choć facet sprawiał wrażenie trzydziestoparolatka. Dziewczynka natomiast miała słodką buzię, ciekawskie spojrzenie i uśmiech aniołka. Zdecydowanie lepiej się odżywiała od swojego opiekuna, który zapewne sobie od ust odejmował, aby nakarmić małą.
Bryza zerknęła na Rambo.
- Możesz na słówko? - zapytała, spoglądając przepraszająco na gości.
Kiwnął głową i wyszedł z nią dalej do innej sali.
- No dobra, co to za pomysł? Wzięłaś ich z ulicy czy jak?
- Zobaczyłam Gosię w oknie Nowego Eti - wyjaśniła Bryza. - Poszliśmy to sprawdzić, a potem zjawił się Tomasz. Pomyślałam, że moglibyśmy ich… ugościć. No wiesz, dobry uczynek. - Nerwowo splotła dłonie. - Może byśmy ich przygarnęli?
Rambo chwilowo zatkało.
- Masz syndrom braku rodziny czy coś? Chociaż powiedziałaś to bardziej, jakbyś chciała przygarnąć kotka i pytasz się o to mamusi. - Patrzył na nią dziwnie, z lekka rozbawiony. - Znaczy ten… Jesteś jakąś niespełnioną matką czy coś?
Bryza wytrzeszczyła oczy.
- Pogięło cię?! - syknęła. - Uważasz mnie za jakąś wariatkę? Nie traktuję ich jak bezdomnych kotków. To są ludzie. I uznałam, że - jak ludzie - moglibyśmy im pomóc zamiast skazywać na włóczenie się po okolicy. Ale jak nie chcesz, to nie. Spoko. Skończą jeść i się pożegnamy.
Gwałtownie skrzyżowała ręce na piersi, po czym odwróciła się napięcie, by wrócić do kuchni.
- Jasne, jasne, już się obraziła - mówiąc to, złapał Bryzę za ramię i obrócił do siebie przodem. - Po pierwsze, nie lubię, jak mi wciskają w usta nie moje słowa. Więc mi tu nie kłam. Po drugie, jeszcze nic na ich temat nie powiedziałem. Akurat bardziej mnie zaciekawiła ta grupa ze śródmieścia. A Tomek i Gosia niech sobie zostaną. No chyba, że coś będzie nie tak. W ogóle co ci o sobie powiedzieli? Facet jest czysty? Nie pogryziony czy coś? Ma mutamoce?
- Prawdę mówiąc, nie wiem… - Skrzywiła się. - Pogryziony raczej nie jest, ale co do mutamocy... - Wzruszyła ramionami. - On nie sprawia wrażenia mutanta, za to mała jest sounderką.
Bryza została w miejscu, jednak wciąż trzymała ręce na piersi, lekko obrażona.
- Oł… Mam nadzieję, że nikt jej nie doprowadzi do płaczu. - Zamyślił się na chwilę, po czym z powrotem skierował uwagę na Bryzę. - Nie bocz się. Naprawdę zabawnie brzmiałaś, a to przecież nie moja wina. Mam po prostu dobry humor, trochę puszek z żarciem nazbieraliśmy. Zastanawialiśmy się nawet, czy by nie wziąć tych z kocim żarciem. Otworzyłoby się je, zleciałyby się koty, a my je na obiad.
Bryza mimo prób dalszego utrzymywania focha parsknęła śmiechem.
- W sumie… czemu nie? - uznała. - Trochę świeżego mięsa nam nie zaszkodzi. Z drugiej strony, nie zdziwiłabym się, gdyby to kocie żarcie okazało się całkiem smaczne. A co jeszcze zdobyliście? Paliwa, jak mniemam, wciąż brak? Speedy będzie niepocieszona…
- W końcu się znajdzie. Trzeba się tylko przejść bardziej na peryferie miasta. Poza tym, zgarnęliśmy trochę narzędzi, żeby naprawić tego złoma. Będzie jak nowy. Choć przydałoby się go potem pomalować… Byle Elektra się za to nie zabierała. Zresztą, chodźże już do kuchni, głodny jestem. Te puszki z jedzeniem i narzędzia są trochę ciężkie - powiedział i zaczął lekko popychać dziewczynę w stronę drzwi.
- Dobra, dobra, obżartuchu - mruknęła. - A co do tej drugiej grupy, przydałoby się nawiązać jakiś kontakt w niedalekiej przyszłości. Ogarnąć, kto to taki, nie? Dobra, chodź już jeść - zakończyła, widząc, że Rambo myślał w tym momencie tylko o jednym.
W kuchni usiadł przy Napalmie i razem zaczęli wcinać trochę za dużo niż wypadało ze względu na oszczędność, ale nie przejmowali się tym teraz. W perspektywie przyszłych obiadów wciąż mieli dużo konserw oraz ewentualne koty.
Gdy przy stole zapadło milczenie, Kitty nagle zerwała się z miejsca, a po chwili wróciła z talią starych kart do Piotrusia z postaciami z Harry’ego Pottera. Bryza nawet nie miała pojęcia, skąd młoda je wytrzasnęła. Nastolatka usiadła obok Gosi i choć dziewczynka nieufnie odnosiła się do obcych, ostatecznie zaczęła grać z Kitty. Kto by pomyślał, że Kitty, która zawsze chciała wydawać się starsza, może „zniżyć się” do poziomu dziecka.
Wkrótce zjawiły się również Śnieżka ze Speedy, targając plecaki z tym, co udało im się zdobyć. Ponownie nastąpiła prezentacja gości oraz pozostałych członków Oiowskiej grupy.
- Dużo was tu jeszcze? - zapytał zaciekawiony Tomasz. Zauważył, że podział obowiązków działa tutaj odpowiednio, ale jeżeli jedni szukali paliwa, a nazbierali jedzenie, drudzy też, to co tu reszta mogłaby przynieść?
- Nie, tylko my - odparł krótko Rambo. - Widzę, że nie macie ze sobą żadnych śpiworów czy czegoś. Przydałoby się skądś skołować, bo noce są zimne. Chce ktoś się ruszyć? - zapytał patrząc po swojej drużynie.
Bryza pokręciła głową, dotykając ostrożnie rannej nogi.
- Ja nadal odpadam - oświadczyła. - Dość już się dzisiaj nachodziłam.
Speedy ziewnęła szeroko, popijając sok.
- Jestem wykończona, może ktoś inny?
- Ja mogę pójść - oznajmił Napalm, przeciągając się. - Śnieżynko, a ty?
- Będzie teraz ciągał za sobą nieszczęsną, umęczoną kobietę. - Westchnęła ciężko i nalała sobie wody do kubka. - Daj chwilę odpocząć i zjeść, to pójdę - stwierdziła w końcu i zabrała się za pałaszowanie. - Można by było coś świeżego przy okazji upolować.
- Ta, koty - mruknęła Bryza z rozbawionym uśmiechem. Pochyliła się w stronę Rambo. - Trzeba by było powiedzieć reszcie, że oni zostają - szepnęła.
- Yyyy… taaa… Ekhem… Tomasz i Gosia trochę z nami zostaną. Znaczy ten, jak chcecie, to możecie na dłużej, dzisiaj trochę zapasów się zebrało… Poza tym, powstały nowe techniki łowieckie, więc damy radę - Rambo spojrzał na Gosię i postanowił na wszelki wypadek nie wspominać, kiedy będą mieli kota na obiad.
- Czyli… Możemy z wami zamieszkać? - niedowierzał Tomasz.
- No chyba… Nie wyrzucimy was przecież, chyba że sami będziecie chcieli odejść. Oczywiście przydzielimy ci jakieś obowiązki. Zawsze na przykład ktoś stoi na dachu i wypatruje zagrożenia.
Tomasz zaczął im dziękować za opiekę oraz gościnność i zapowiedział wstępnie, że zostanie z nimi na dłużej. Gosia, pochłonięta grą z Kitty, chyba nawet nie zarejestrowała informacji. Pewnie nawet przez myśl jej nie przeszło, że będą musieli stąd odejść. Członkowie starej drużyny, początkowo zaskoczeni, ucieszyli się na wieść o nowym towarzystwie.
- Będzie miło - zapewnił Napalm, wstając. - Śnieżka, wychodzimy za pięć minut.
Wyszedł z kuchni, by opłukać jeszcze pokrytą kurzem twarz przed ponownym wybraniem się w teren.
- Co za despota - prychnęła.
Często się na niego wściekała, choć z jakiegoś powodu lubiła go mimo wszystko. Nagle wpadło jej do głowy wspomnienie, jak jakieś pół roku wcześniej, podczas akcji podobnej do ostatniego ataku na Oio, gdy niewiele widziała, panował chaos i przestała rozróżniać przyjaciół od wrogów, omal nie odstrzeliła Napalmowi głowy. Przez nią by nie żył. Przeszło jej przez myśl, że wolała go takiego aniżeli martwego.
Zjadła jeszcze trochę, a następnie nałożyła sobie na zrobiony właśnie przez Elektrę podpłomyk trochę paprykarza na wynos i poszła za Napalmem, zgarniając po drodze broń. Spotkali się pod budynkiem, po czym ruszyli na miasto.
- Gdzie tu można znaleźć śpiwory…? - zastanowił się Napalm, mierzwiąc sobie jasne włosy. - Był taki sklep HiMountain, tylko że… w Galerii Bałtyckiej - zakończył smętnie. - Ryzykujemy kolejną wycieczkę do galerii czy masz lepszy pomysł?
- A w Manhattanie nic nie ma? Poza tym chyba większość społeczeństwa miała gdzieś na pawlaczach czy w szafach śpiwory, więc jak nie znajdziemy w sklepach, to możemy po mieszkaniach się przejść. No i jest jeszcze Auchan… Tyle że daleko. Questa byśmy mieli jak na Górę Przeznaczenia.
- W sumie zombiaki jak orkowie - przyznał ze śmiechem. - No dobra, pochodźmy po mieszkaniach.
Wybrali bloki najbliżej terenu politechniki. Napalm objął spojrzeniem niewielką uliczkę i uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Pamiętam, jak tędy biegałem na zajęcia, już spóźniony o dziesięć minut - stwierdził. - Z zombiakami za plecami gnałbym pewnie jeszcze szybciej.
- O, nie spaliłbyś ich? Nowość. A co studiowałeś? - zapytała, również przeczesując jednocześnie wzrokiem teren. Wiele budynków było w ruinie, ale pewnie właśnie w takich zachowało się najwięcej przydatnych rzeczy. W końcu mało kto ryzykowałby uwięzieniem w szczątkach budowli.
- Informatykę - przypomniał. - Mówiłem już, ale najwyraźniej nie zwracasz na mnie uwagi. - Zrobił smutną minę. - A ty?
- To straszne - odparła beznamiętnie. Zorientowała się, że rzeczywiście wspomniał o tym, ale jakoś przeleciało jej to wtedy przez głowę. - Geodezję i kartografię na WILIŚu.
- Jesteś taka nieczuła - odparł z miną niesłusznie zbitego psa. - A swoją drogą, mogłabyś zrobić kiedyś mapę terenu z zaznaczonymi najważniejszymi informacjami.
- O tak, świetnie, wezmę karteczkę, narysuję kwadracik i podpiszę Oio. - Spojrzała na niego jak na głupka. - Nie ma sprzętu, nie ma geodezji. Zresztą nie wiem, po co. Równie dobrze możemy znaleźć w kiosku mapę i podpisać, co trzeba lub dorysować. Poza tym studiowałam tylko rok, więc nie oczekuj ode mnie cudów.
- Ale ty jesteś drażliwa - prychnął. - Królowa Lodu od siedmiu boleści.
Rozejrzał się po okolicy, wypatrując zombiaków, lecz teren zdawał się czysty. Skierował się do jednego z częściowo zawalonych bloków. Mniej więcej połowa budynku jeszcze stała, ale nie wiadomo, jak długo.
Napalm pierwszy przeszedł przez otwór po drzwiach. Przy pasie trzymał długi nóż myśliwski, jednak z reguły bardziej opierał się na swoich ognistych zdolnościach.
- Taaa… Chociaż trochę brak mi poddanych wypełniających każdy mój kaprys. - Wyszczerzyła zęby, wyciągając jednocześnie pistolet. - Wchodź w pierwsze lepsze mniej zawalone mieszkanie. Przeszukamy budynek od góry do dołu, ile się da.
Napalm zamierzał jeszcze się odgryźć przeklętej księżniczce, ale postanowił odpuścić. Na razie, rzecz jasna. Po prostu teraz oboje powinni się skupić na aktualnej misji. Wytworzył kulę ognia nad dłonią, by oświetlić ciemną klatkę schodową. Pierwsze otwarte mieszkanie ominął. Było łatwo dostępne, więc na pewno wszystko zostało już dawno wykradzione.
Weszli na piętro, gdzie do środka wpadało więcej światła z powodu braku sporej części ściany. Nie, żeby to dużo pomagało, bo na dworze i tak panował tradycyjny półmrok.
Napalm nacisnął klamkę wciąż całych, choć zniszczonych drzwi obok. Zamknięte.
- Tu możemy znaleźć coś fajnego - mruknął do Śnieżki.
Naparł barkiem na drzwi, lecz nie chciały puścić. Skrzywił się z niezadowoleniem.
- Umiesz otwierać zamki?
- Coś ty? Żaden szlachetny złodziej jeszcze mnie nie nauczył. Myślisz, że dałbyś radę stopić zamek? - zapytała.
- Drzwi są z grubsza drewniane - zauważył, patrząc na Śnieżkę pobłażliwie.
Zwiększył płomień otaczający jego dłoń i wbił go w prawą część drzwi - tam, gdzie znajdowały się zawiasy. Drewno pokryte lakierem jakoś niespecjalnie chciało się zająć ogniem, ale ostatecznie nadpaliło się dosyć, by zawiasy mogły puścić. Napalm kopniakiem wyważył drzwi, po czym z dumną miną zerknął na Śnieżkę. Dziewczyna przez cały czas jego pracy lekko się uśmiechała.
- No. O to mi chodziło. I po co robiłeś problemy, to ja nie wiem.
Napalm puścił ją pierwszą, więc weszła do środka lekkim krokiem z pistoletem w pogotowiu. Zanim Napalm zdążył zrobić krok za nią, usłyszał krzyk towarzyszki oraz dziki ryk kogoś jeszcze. Już po chwili wyleciała z mieszkania wraz z zombiakiem i przetoczyli się po schodach na dół.
            Napalm zeskoczył za nimi. Śnieżka szamotała się rozpaczliwie z wyraźnie wygłodniałym, szalonym zombiakiem. Złapał napastnika za koszulę, lecz gdy pociągnął, w ręku pozostał mu oderwany materiał. Walczący przeturlali się, prawie zwalając z nóg mężczyznę. W migotliwym świetle ognia niewiele widział. Otoczył płomieniami swoje dłonie i złapał zombiaka za szyję. Tamten zawył z bólu. Napalm gwałtownym ruchem ściągnął go ze Śnieżki, po czym rzucił o ścianę. Wyszarpnął z pochwy nóż. Jednym ruchem poderżnął przeciwnikowi gardło.
            Odwrócił się do towarzyszki i wyciągnął rękę w jej stronę, oczywiście już niepłonącą.
            - Wszystko w porządku? - zapytał z troską.
            Śnieżka odetchnęła z ulgą, przecierając oczy. Chwyciła pomocną dłoń i wstała. Zanim jednak zdążyła cokolwiek więcej zrobić, budynek stwierdził, że ma już dość. Kawałek stropu zawalił się zaraz za nimi, posyłając ich znowu na posadzkę. Na ich głowy posypał się tynk oraz inne większe lub mniejsze odłamki gruzu.
Napalm zakrztusił się od kurzu i pyłu. Cofnął się, a odłamek wielkości sporej pięści przeleciał tuż przed jego oczami. Mężczyzna po omacku chwycił Śnieżkę za ramię, po czym pociągnął w kierunku wyjścia. Do pokonania mieli jeszcze kilka schodków dzielących ich od parteru. Jakimś cudem zdołali utrzymać równowagę. Coś ciężkiego spadło Napalmowi na kark, aż się zachwiał, jednak szybko doszedł do siebie. Wypadli na ulicę, a potem odbiegli dalej - słusznie, bo budynek przechylał się niebezpiecznie.
Kaszląc, przysiedli na ulicy, by odpocząć.
- No dobra… Z tymi walącymi się budynkami to był chyba błąd – oznajmiła Śnieżka, ścierając z twarzy krew zmieszaną z pyłem. Serce biło jej jak szalone, więc położyła się na ziemi i zamknęła na chwilę oczy. Gdyby nie Napalm, już by nie żyła… Jakby go wtedy, pół roku temu, zabiła, też byłaby kicha… - Dzięki za pomoc. Ta rozkładająca się gęba zombiaka będzie mi się miesiącami śniła w koszmarach. Skubany nas usłyszał i musiał poczekać na odpowiedni moment.
            - Jak na moje, to pewnie długo tam siedział, a my się po prostu napatoczyliśmy. Był już całkiem szalony. Musiał długo nie żreć ludzkiego mięsa. - Napalm otarł sobie usta, bezskutecznie próbując  pozbyć się posmaku kurzu. - Nie użarł cię? Ani nie podrapał? - spytał po chwili, przyglądając się Śnieżce uważnie.
            - Nie. Udało mi się go jakoś powstrzymać, choć w pewnym momencie myślałam, że złapie mnie za szyję i przy okazji odgryzie mi nos. - Parsknęła śmiechem, trochę histerycznie. - Tym gruzem tylko oberwałam w głowę, ale to nic poważnego. A jak z tobą? - W końcu otworzyła oczy i spojrzała na niego.
            - Ja? Oczywiście, że nic mi się nie stało! - Wyprężył się niczym rycerz. Co prawda, kark go trochę bolał, a krew ściekała ciepłym strumykiem za kołnierz, lecz po co o tym wspominać? - Uratowałem ci życie - dodał ze znaczącym uśmiechem. - Chyba wiesz, co wtedy robią księżniczki?
            - Idą spać? Dają białą chusteczkę? Sorry, akurat nie mam żadnej - zaśmiała się. - Chyba że na coś konkretnego liczysz.
            - No wiesz. - Przewrócił oczami. - Nie oglądałaś bajek jako dziewczynka? Prawdziwa miłość, pocałunek, ślub i żyli długo i szczęśliwie… - Uśmiechnął się szeroko.
            Śnieżka aż się zarumieniła, patrząc tak na niego ze zdziwieniem.
            - Eeee… Ale ty to tak na serio?
- No cóż, rozmawiać o ślubie chyba za wcześnie, jednak od pocałunku można zacząć - odparł rozbrajającym tonem.
- Jesteś stuknięty. - Śnieżka potrząsnęła głową. - I mówi to facet, który tylko raz mnie uratowa… eee… Znaczy się… Nieważne. - Po słowach Napalma zrobiła się lekko zakręcona. - Może ruszymy się w dalszą podróż po ten śpiwór, co? - mimochodem zmieniła temat, wstała i się otrzepała.
- I znowu robi się lodowata. - Westchnął z żalem. - A ile razy muszę cię uratować, żeby zasłużyć na pocałunek? - zapytał zaraz, również wstając. - Pamiętaj, że uratowałem cię też pół roku temu, gdy nas otoczyły zombiaki, a ty oberwałaś w głowę. Musiałem cię nieść.
- Bohaterze - odparła beznamiętnie. - Ale wiesz… Żeby zasłużyć na buziaka, to nie tylko ratowanie jest istotne. No wiesz, oglądałeś bajki. Jeszcze wszystko jest możliwe. Nie, żebym nie była ci wdzięczna. - Spojrzała na niego w końcu. Rumieniec już spełzł jej z policzków. - No bo jestem, nie widać? - Uśmiechnęła się, jakby chciała teraz tego dowieść.
- Nie, nie widać - stwierdził, strzepując z siebie pył. - A w bajkach wystarczy uratowanie życia. Oczywiście mówię o tych tradycyjnych bajkach, nie tych, gdzie księżniczki dają książętom w twarz… No mniejsza - dodał szybko. - Zobaczymy, co jeszcze jest dla ciebie istotne.
Cóż, wyzwanie zostało rzucone. Nie mówiąc więcej, Napalm ruszył do innego bloku, tym razem mniej zniszczonego. Śnieżka uśmiechając się pod nosem podreptała za nim. Co za człowiek. Zauważyła, że od jakiegoś czasu chętniej się z nią droczył, ale takich słów się nie spodziewała. Choć to było miłe, że się nią interesował. Aż tak.
 Nie odzywając się, tym razem weszli na wyższe piętro i ponownie spróbowali swojego szczęścia. Drzwi były zamknięte, już jakiś plus, więc Napalm zabrał się za nie podobnie, jak przy poprzednich. Gdy zawiasy zostały wyrwane, Śnieżka poczekała, aż mężczyzna wejdzie pierwszy i dopiero wtedy podążyła za nim.
Znaleźli się na korytarzu, dosyć zagraconym, gdyż z wieszaków oraz z szaf powypadały stare płaszcze i kurtki. W najbliższym pokoju dla odmiany znaleźli kości ludzkie, ale nic ciekawego poza tym. Zresztą Śnieżka nie chciała przebywać dłużej w tym pomieszczeniu, więc przeszła gdzie indziej. Pod jej butami zachrzęściło szkło z rozbitego akwarium.
- Hej, chodź tu coś zobaczyć - zawołała do towarzysza.
Gdy Napalm się zbliżył, wskazała mu leżący na ziemi, zawalony odłamkami szkła i kilkoma książkami, miecz. Kiedyś zapewne wisiał na ścianie lecz po apokalipsie musiał się zerwać.
- Niezły, co?
Napalm stanął jak wryty ze wzrokiem utkwionym w broni. Po chwili rzucił się wyciągnąć miecz spod śmieci i podniósł go z nabożną czcią.
- To miecz Aragorna - wyszeptał. - Masz pojęcie, ile to było warte? Niezły metal, dobrze zrobiony - orzekł, przyglądając się ostrzu. Następnie ostrożnie przeciągnął po nim paznokciem. - I jeszcze trochę ostry. Ale czad!
Zamachnął nim z wprawą. Nie walczył już mieczem od półtora roku, jednak pewnych rzeczy się nie zapomina. W ciasnym pomieszczeniu wykonał parę pchnięć, strącając przy tym ostatnią półkę wiszącą na ścianie.
- No szczerze mówiąc, brakowało ci tylko długich ciemnych włosów, by wpisać się idealnie w scenę z filmu. Podejrzewam jednak, że średnio ci się przyda, choć książę z mieczem zawsze lepiej wygląda. Poza tym, ciekawe co za kuźnie robiły takie odpowiedniki mieczy z filmów.
- Nie masz pojęcia, ile fanów marzyło o odpowiednikach broni z filmów - mruknął, wciąż przyglądając się z namaszczeniem znalezisku. - A jak się umie walczyć mieczem, to się przyda. Tylko go naostrzę i na zombiaków będzie jak znalazł… - Urwał nagle, marszcząc brwi, po czym spojrzał na Śnieżkę. - Uważasz mnie za księcia?
- No… Mówiłeś, że chcesz chociaż prosperować na księcia - odparła z uśmiechem. Jak chce się pobawić w bajkę Disneya, proszę bardzo, pomyślała rozbawiona. - Więc nie napalaj się, tylko chodź śpiwora szukać. - Znowu sprowadziła go na ziemię, po czym odwróciła się i zaczęła przeglądać szafki na korytarzu. - Przetrząśniesz pawlacz? W końcu jesteś trochę wyższy...
Napalm patrzył na Śnieżkę przez chwilę, aż wreszcie oparł miecz o ścianę, by móc obiema rękami otworzyć drzwiczki pawlacza. Z góry zwaliła się na niego horda rzeczy. Cofnął się, bezskutecznie osłaniając głowę.
- Ojojoj… Walcz, rycerzu! - ze śmiechem dopingowała go dziewczyna.
Zerknął na nią posępnie, wygrzebując się spod pakunków oraz pudeł. Zgarnął to, co jeszcze zostało w pawlaczu, po czym zajął się przeszukiwaniem stosu.
- O, patrz, butla gazowa. - Akurat ona szczęśliwie nie trafiła w niego podczas upadku. - Nie będzie trzeba przez jakiś czas zapalać ogniska w kuchni. Strasznie kopci… - Odłożył rzeczoną butlę na bok. - Saperka… Mamy jedną, ale przyda się druga… Są i dwa śpiwory… Dwie karimaty… Też warto wziąć. No dobra, nic więcej wartościowego nie widzę. Chyba że chcesz misia.
Wyciągnął foliową siatkę, w której ściśnięto parę pluszaków - zapewne, aby się nie kurzyły. Rozerwał ją, wyjął brązowego, uroczego misia i pokazał Śnieżce.
- Mmm… Śliczny. - Wzięła go w ręce i przyjrzała mu się z uśmiechem. - Dzięki. Resztę można dać Gosi, ucieszy się… Mam nadzieję. Nie no, ładne są, musi się ucieszyć. - Odwróciła się do Napalma plecami i wyjęła z szafy wieszak z grubym, ciemnym kożuchem z futrzastym kołnierzem. Pokazała mu go. - A tobie mogłoby się przydać to. No wiesz, na zimne noce. - Wyszczerzyła do niego zęby.
- Na zimne noce są inne sposoby na ogrzanie - zauważył, z niepokojącym uśmiechem patrząc na Śnieżkę. - Ale dzięki. - Wziął kożuch. - Będzie pasował do miecza i imidżu rycerza.
- Założę, że nie słyszałam lepkich podtekstów. Co do kożuszka, to trochę będzie krępował ruchy, lecz jak ci się podoba…
Śnieżka pomyślała, że Napalm to w sumie zabawny gość… Odejmując zboczone podteksty. I denerwujące teksty. I w ogóle to, że się do niej przyczepił jak głupi, przez co częściej do niej zagadywał z głupimi słowami. Ale dostała misia. No i facet ją uratował. Czasami nawet starał się być miły… Właściwie, jak będzie miała takiego ochroniarza - bo pewnie pomyślał sobie, że teraz musi ją ciągle ratować przed zagrożeniem życia, by zapracować na buziaka - do tego jeszcze zacznie się bawić w księcia, może być nawet zabawnie.
Gdy uzbierali łupy i wsadzili je w znalezione wory, ruszyli w drogę powrotną do Oio. Pół godziny później byli już w domu - akurat przed zapadnięciem zmroku. Na dziewiątym piętrze przywitał ich Rambo. Chciał zobaczyć, co ciekawego zdobyli. Butla z gazem została od razu wstawiona do kuchni, a śpiwory przekazano Tomaszowi. Rambo pozwolił im spać, gdzie mają ochotę - albo w pomieszczeniu z nimi, albo w jakimś innym. Dodatkowo Gosia została obsypana znalezionymi pluszakami, oprócz jednego, którego zachowała sobie Śnieżka. Przez ten gest dwoje poszukiwaczy od razu zyskało sobie jej pełną przychylność. Na koniec Napalm mógł się pochwalić mieczem przed drużyną. Speedy oglądała broń z zachwytem przez pięć minut, aż wreszcie odważyła się nim zamachnąć. Niestety, miecz okazał się dla niej za ciężki. Z zazdrością oraz podziwem obserwowała więc następnie, jak Napalm nim włada przy włączonej muzyce z „Władcy Pierścieni”.
Na koniec zrobili małą imprezę powitalną, która jak zwykle przerodziła się w dużą. W jej trakcie Gosia została położona do snu, a reszta (prócz jednego nieszczęśnika stojącego na dachu) bawiła się w najlepsze.

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 6

Hej! Dzisiaj bez większych wstępów, jedynie krótkie przypomnienie: Speedy i Rambo wybrali się po motor. Gdy wracali, usłyszeli jakiś hałas, który wzbudził ich niepokój. Dzisiaj możecie dowiedzieć, jak dalej potoczyła się misja dwojga członków drużyny, a potem... Przekonajcie się sami, co jeszcze przydarzy się bohaterom w tym rozdziale ;)

Rambo, podobnie jak Speedy, objął wzrokiem otoczenie. Niecałą minutę stali tak i rozglądali się, ale na razie nic się nie działo.
- Dobra, ja idę z  tym złomem, a ty miej oczy dookoła głowy, jasne?
Ruszył z motocyklem, patrząc w różnych kierunkach w poszukiwaniu zagrożenia. Speedy zapomniała o żartach i z równą powagę obserwowała okolicę. Zbliżali się do wiaduktu, za którym znajdował się Lidl - ich ostatnie źródło pożywienia. Dziewczyna przysunęła się bliżej Rambo, by poczuć się odrobinę bezpieczniej. Jak fajnie byłoby mieć sprawny motor i móc stąd śmignąć zamiast walczyć z zombiakami… Owszem, mogłaby użyć swojej mutamocy, lecz nie zostawiłaby przyjaciela.
Kątem oka zarejestrowała ruch. Strzeliła, zanim się zastanowiła. Urwany krzyk świadczył, że trafiła… w coś. Z wiaduktu zwaliło się bezwładne ciało. Trzy - niestety żywe - zombiaki zeskoczyły zaraz za nim. Speedy strzeliła, lecz napastnik uniknął pocisku. Złapał lufę i pociągnął, aż dziewczyna straciła równowagę.
Inny zombiak uniósł dłoń, z której buchnęły płomienie. Ognista kula poleciała w stronę Rambo, który dopiero puszczał motor. Mężczyzna próbował zrobić szybki unik. Nic z tego. Płomień trafił go w ramię. Poczuł żar na swojej przypalającej się skórze, a po chwili ogniem zajęła się cała jego bluza. Nieco spanikowany dowódca szybko ściągnął ją z siebie i rzucił na ziemię. W całym tym zamieszaniu strzelba też mu się zawieruszyła, więc ruszył na zombiaka pędem, unikając po drodze kolejnych kul ognia. Zanim przeciwnik zdołał odskoczyć, Rambo rzucił się na niego z całym impetem rozpędzonego ciała. Upadli na ziemię. Przetoczyli się po niej, lecz zombiak już się nie ruszał. Tuż przed uderzeniem mężczyzna zdołał wyciągnął nóż i wbić go w przeciwnika. Teraz ruszył na kolejnego.
Speedy szarpała się z napastnikiem, próbując wyrwać mu swojego kałasznikowa, jednocześnie nie dając się złapać. Kopnęła zombiaka w krocze, a ten z jękiem bólu puścił karabin. Najwyraźniej zombiacza choroba nie zmieniała ludzi tak bardzo. Speedy straciła jednak równowagę i poleciała do tyłu na beton. Napastnik rzucił się na nią z wściekłością. Przeturlała się, obcierając sobie łokcie. Trafiła glanem w szczękę zombiaka. Chwilę jego słabości wykorzystała na naciśnięcie spustu, a śmiertelne pociski utkwiły mu w piersi. Dziewczyna wstała, na wszelki wypadek odsuwając się jeszcze. Teraz, w świetle - mizernym, ale zawsze - dnia wyraźnie dostrzegła zielonkawą skórę zombiaka. Paskudztwo. Dobrze, że już nie żyje.
Speedy obejrzała się na Rambo. Mężczyzna szamotał się na ziemi z ostatnim napastnikem. Dziewczyna nie potrafiłaby strzelić tak, by mieć pewność, że nie trafi przyjaciela. On jednak właśnie chwycił jakiś kamień, który akurat nawinął mu się pod rękę. Zamachnął się nim szybko i uderzył mocno w skroń zombiaka. Później na wszelki wypadek poprawił, przez co upaprał się rozbryzgami krwi. Zlazł z trupa i wyrzucił kamień.
- Cholerne skurczybyki - warknął Rambo, kucając przy zombiaku-firerze.
Odwrócił go na plecy i wyrwał nóż z klatki piersiowej. Z kieszeni wyjął jakąś szmatkę i przetarł nią ostrze. Czysty już nóż schował do pochwy przy pasku. Po tym podszedł do motocykla, obrzucając nową, spaloną bluzę żałosnym spojrzeniem.
- Dzień jej nie nosiłem - westchnął.
Speedy zbliżyła się, odgarniając włosy z twarzy. Zmierzyła wzrokiem odsłoniętą klatę Rambo.
- No ja wiem, że było gorąco, ale aż tak?
Zauważyła też przypalone ramię dowódcy, które zabliźniało się w oczach. Tak, był on healerem - człowiekiem o nadnaturalnych zdolnościach regenerujących.
Spojrzenie, jakie Rambo posłał Speedy, mówiło wyraźnie: “w razie pożaru - spłoń”. Chwycił motocykl i ruszył w stronę Oio, nie odzywając się już do dziewczyny. Potruchtała za nim, nie patrząc na trupy zombiaków, które zostawili. Spróbowała o nich zapomnieć, skupiając myśli na czymś pogodniejszym. Z reguły to działało.
W sumie pierwszy raz mogła zobaczyć Rambo bez koszuli. No cóż, nawet całkiem, całkiem pasowała do niego jego ksywa… Speedy postanowiła tego nie komentować na głos, by więcej nie narazić się przyjacielowi. Bądź, co bądź, targał dla niej motor.
Bez dalszych problemów dotarli do Oio. Rambo wtoczył motor do budynku i ukrył w pustej sali, po czym razem ze Speedy, która uśmiechała się głupkowato, wdrapali się na ostatnie piętro.
Śnieżka wyszła im na powitanie.
- I jak tam? Jest motor? - Nagle zobaczyła stan Rambo i zachichotała. - O, Bryza by się ucieszyła… A może i nie… W każdym razie gorąco ci było ze Speedy, co?
- Zombiaka firera spotkaliśmy - burknął. - Nowa bluza poszła się palić.
Poszedł do łazienki zmyć krew z ciała.
- A motor…? - Śnieżka zdziwiona odprowadziła wzrokiem mężczyznę. - Za tę bluzę się tak sfochał? - zapytała rudą przyjaciółkę.
- Ja wiem? Najpierw się sfochał, jak mu zaproponowałam randkę z Bryzą, a potem, jak zobaczyłam go bez bluzy. - Speedy zachichotała. - Może jest nieśmiały?
Śnieżka wzruszyła ramionami.
- W sumie, czasami ma problemy z zagadaniem do innych - powiedziała i poszła do pokoju dziewczyn.
Niedługo później, kiedy Rambo wychodził z łazienki, prawie wpadł na Bryzę idącą do kuchni. Kobieta zatrzymała się zaskoczona, a jej usta ułożyły się w okrągłe “o”.
- Ej no… Bluza mi się sfajczyła i nagle wszystkim odwala. - Wywrócił oczami.
- Bryza, przynieś mi też płatki, skoro już… - Napalm urwał w pół zdania, gdy wystawił głowę z pokoju i dostrzegł dowódcę. - Oj, nie chciałem wam przeszkadzać… - dodał ze śmiechem.
Rambo minął Bryzę i burknął pod nosem:
- Posrało was wszystkie, ale że Napalma też…?
Napalm wybuchnął gromkim śmiechem, klepiąc kumpla po plecach. Bryza nie wytrzymała i także się roześmiała - mina Rambo była godna zapamiętania. Wciąż w dobrym humorze weszła do kuchni po płatki.

*

Wypad nad morze opóźniał się, bo nie mogli znaleźć nieszczęsnego paliwa do motoru. Rambo odmówił wychodzenia w teren z jakąkolwiek dziewczyną, więc wybierał się w miasto razem z Napalmem. Z kolei Speedy i Śnieżka szukały w tym czasie pożywienia w najbliższych okolicach Oio.
Bryza stała właśnie znowu na warcie. Noga cały czas bolała, ale rano Rambo zmienił jej opatrunek i zdawało się, że rana dobrze się goi. Rozglądała się po terenie politechniki, wypatrując zombiaków. Kątem oka dostrzegła ruch w oknie Nowego Eti. Zatrzymała się, zaskoczona. Zombiaki tam są? Przyłożyła lornetkę do oczu i przyjrzała się podziurawionym oknom na piętrze.
Nic, nic, nic… Jest! Zszokowana Bryza spostrzegła około pięcioletnią dziewczynkę wyglądając na zewnątrz. Moment później mała schowała się za ścianą. Zdecydowanie nie miała zielonkawej skóry, więc nie mogła być zombiakiem.
- Shiny! - ryknęła kobieta w stronę otwartych drzwi klatki schodowej.
Po kilku sekundach chłopak zjawił się z kwaśną miną. Znowu robili z niego jakieś popychadło. Kiedyś dla jaj ubierze się w strój lokaja, skłoni głowę i zapyta: „Tak, pani?”. Może w końcu by się od niego odczepili.
Bryza dała mu lornetkę, wskazując kierunek. Początkowo nic nie widział, ale po chwili mignęła mu przed oczami dziecięca główka. Shiny zwrócił na Bryzę zdziwiony wzrok, zapominając tymczasowo o urazie.
- Przydałoby się to sprawdzić, nie? Zostawiamy Elektrę do pilnowania budynku?
- Nie, może nam się przydać. Lepiej zostawić Kitty… Chociaż nie. - Bryza nagle zmieniła zdanie. - W razie zagrożenia Elektra da nam znak błyskawicą, a Kitty może co najwyżej miauknąć… - Shiny spojrzał na straszą koleżankę spode łba. - No dobra, krzyknąć - poprawiła się. - Idziemy we troje: ja, ty i Kitty.
- A twoja noga?
- Przeżyję. No już, zbieramy się.
Kilka minut później Elektra została na dachu, a reszta zeszła na dół Oio, skąd udała się pod Nowe Eti. Bryza zmierzyła spojrzeniem oba budynki należące kiedyś do budzącego podziw wydziału. Ten dalszy - nazywany Starym Eti - utrzymał się całkiem nieźle, za to drugi - nowszy, a zarazem nowoczesny oraz przeszklony - mocno zniszczył się podczas kataklizmu. Odłamki szyb zaścielały zadbany niegdyś trawnik.
Bryza zatrzymała się, by spojrzeć na zniszczony napis:

WY Z AŁ E L  TRO  KI, TELEKO U IKACJI I IN ORMA YKI

Pamiętała, jak codziennie się tu zjawiała, a następnie przechodziła przez szklane drzwi automatyczne. Problem był taki, że ciężko odróżniało się drzwi od ściany - również szklanej. Uśmiechnęła się do wspomnień. Przestronny hol pokrywała teraz warstwa szkła, kurzu, brudu i krwi. Wolała nie przyglądać się zawalonym ścianom, by nie dostrzec pod spodem kości.
- Nieciekawe miejsce - skomentowała Kitty, starając się nie iść po śmieciach, co właściwie było niewykonalne.
- Ta mała była na pierwszym piętrze, więc może chodźmy tam od razu? - zaproponował Shiny. - Nie ma sensu się rozglądać po tym pobojowisku, jeszcze coś zobaczymy.
Bryza przytaknęła. Nie uśmiechało jej się przebywać tutaj dłużej niż to konieczne. Jakkolwiek melodramatyczne to zabrzmi, wyczuwała tu śmierć - szczególnie, że pamiętała, jak budynek tętnił życiem przed kataklizmem.
- Dobra, trzymajcie pistolety w gotowości, ale nie strzelajcie bez mojego pozwolenia, jasne? - zapytała stanowczo, również wyjmując broń z kabury.
Shiny i Kitty skinęli głowami na znak zgody. We trójkę weszli na piętro, gdzie skierowali się na prawo. Bryza rozpoznała korytarz, w którym kiedyś ciągnęły się kolejki do dziekanatu. Tknięta przeczuciem, podeszła do drzwi prowadzących właśnie do tego pomieszczenia.
- A wam się przyfarciło i nie musieliście poznać bólu czekania w kolejce tutaj - mruknęła do młodszych towarzyszy.
Z pistoletem w jednej dłoni, drugą nacisnęła klamkę i pchnęła. Drzwi zaskrzypiały przeraźliwie. Bryza wkroczyła do środka, rozglądając się uważnie. W kurzu na ziemi dostrzegła ślady niewielkich stóp, lecz nikogo nie widziała.
Dała znak ręką, by Shiny i Kitty zatrzymali się. Sama zbliżyła się do przewróconych biurek. Niezależnie od tego, jak bardzo chciała poruszać się bezszelestnie, butami rozdeptywała niezliczone odłamki szkła na podłodze. Do tego zaczęła piec ją rana na nodze, bo zamiast siedzieć na tyłku, jak przykazałby jej każdy lekarz, postanowiła biegać po Eti.
Usłyszała chrzęst szkła. Nie spod swoich stóp, tylko gdzieś z przodu.
- Hej! Jest tu ktoś? - zawołała. - Nie mamy złych zamiarów! Chyba że jesteś zombiakiem - dodała półgębkiem.
Coś, raczej ktoś poruszył się za biurkiem.
- Pokaż się! - rozkazała Bryza.
Zza blatu wyłoniła się głowa o długich, poczochranych, płowych włosach. Zanim Bryza się odezwała, brudna dziewczynka otworzyła usta. Wydobył się z niej straszliwy wrzask. Bryza krzyknęła z bólu, chwytając się za głowę. Dźwięk rył dziurę w jej mózgu, porażał każdy nerw. Kobieta upadł na kolana, bezskutecznie zaciskając uszy. Przeraźliwy wrzask pokonywał wszelkie przeszkody. Nie mogąc już tego wytrzymać, Shiny zrobił się na chwilę czarny - zczerniała mu cała skóra, a następnie błysnął oślepiającym światłem. Niestety, poraził także swoje koleżanki, ale zadanie wykonał - dziewczynka przestała się wydzierać. Doskoczył do niej szybko i złapał, zatykając usta. Patrzył wyczekująco na Bryzę.
Kobieta, która stała najbliżej dziewczynki, więc najbardziej jej się oberwało, potrzebowała dobrej chwili, by dojść do siebie. Wstała chwiejnie. W głowie jej łupało jak na kacu. Na nogach i rękach miała drobne rozcięcia od odłamków szkła. No i noga zaczęła boleć jeszcze mocniej niż zwykle. Zaklęła w myślach parokrotnie, po czym spojrzała na małą nieznajomą.
- Słuchaj, nie chcemy cię skrzywdzić, jasne? - odezwała się. - Jesteś sounderką… znaczy… panujesz nad dźwiękiem, tak? Super, ale nie używaj już mocy na nas, ok? Jesteśmy tacy jak ty. Możemy ci pomóc.
Dziewczynka przerażonymi oczami zerkała na każde z obcych dla niej ludzi.
- Nie będziesz się już drzeć? - naciskała Bryza zmęczonym głosem.
Mała lękliwie skinęła głową, więc Shiny puścił ją na znak starszej koleżanki.
- Kim jesteście? - zapytała cichym, wysokim głosikiem. Odsunęła się od Shiny’ego.
- No, mówiłam przecież - przypomniała Bryza, ocierając zakrwawione dłonie o spodnie. - Jesteśmy tacy jak ty: ludzie. A co ty tu robisz sama?
- Zaraz będzie wujek. Nie jestem sama, wujek zaraz przyjdzie - powiedziała szybko, a po chwili zapytała z ciekawości. - Mieszkacie tu?
- Powiedzmy… A kim jest twój wujek? I dlaczego cię tu zostawił?
- Poszedł po jedzenie, ale zaraz będzie - powtarzała to ciągle, jakby chciała ich nastraszyć.
- Dawno poszedł? - dopytywała się zaniepokojona Bryza. Wolała, żeby nie okazało się, że wujka zeżarły lub zaraziły zombiaki.
- Zaraz wróci - odparła, jakby ktoś temu zaprzeczał. Wyglądała na coraz bardziej zdenerwowaną tymi pytaniami.
- No dobrze, mała. Jasne, twój wujek zaraz wróci - przyznała Bryza dla spokoju.
Westchnęła ciężko, zerkając na swoich towarzyszy. Wolałaby każdego, KAŻDEGO od tej dwójki. Ich miała się pytać o radę, co zrobić z dziewczynką? Sama musiała podjąć decyzję. Zostawić małą tutaj? Samą? A jeśli dorwą ją zombiaki? Czekać tutaj z nią? Również bez sensu…
- Jesteś głodna? - zagadnęła po chwili.
- Wujek zaraz przyniesie. - Chyba już nawet małej nie podobało się to ciągłe powtarzanie.
W tym momencie jak na zawołanie w drzwiach pojawił się mężczyzna, a mała podbiegła do niego i się przytuliła. Bryza instynktownie uniosła pistolet, co zrobił również Shiny. Kitty odskoczyła za to w kąt pokoju, mierząc obcego nieufnym spojrzeniem. Mężczyzna przesunął dziewczynkę za siebie, trzymając w dłoni maczetę.
- Coście za jedni? - Zmierzył ich groźnym spojrzeniem.
- Lepsze pytanie, kim ty jesteś? - odparła twardo Bryza, starając się nie pokazać po sobie słabości.
- To wy mnie nachodzicie i grozicie bronią, nie wiedzieć czemu. - Zrobił niepewny krok wstecz.
- My cię nachodzimy?! - niedowierzała Bryza. - Koleś, to nasz teren! Nie chcemy walczyć, ale najpierw chcę wiedzieć, kim jesteście i co tu robicie.
- Nikt nie postawił znaków z czaszkami czy czymś - burknął, po czym dodał głośniej. - Szukaliśmy schronienia i jedzenia.
- No cóż, na zombiaków nie wyglądacie - stwierdziła po namyśle, opuszczając pistolet, a Shiny poszedł za jej przykładem. - Skąd pochodzicie? Długo już wędrujecie?
- Zostaliśmy wyrzuceni przez inną grupę jakieś dwa tygodnie temu - odparł ostrożnym tonem.
Bryza drgnęła.
- Inną grupę? Gdzie ona mieszka? I dlaczego was wyrzucili?
- Uznali, że im przeszkadzamy, że jesteśmy nieprzydatni. Uciekliśmy z siostrzenicą ze śródmieścia.
Potarła oczy, rozważając, czy ludzki gest z jej strony może zagrozić całej drużynie. Mężczyzna i dziewczynka nie sprawiali wrażenia niebezpiecznych osób. No dobra, mała potrafiła nieźle wrzasnąć, lecz skoro już to wiedzą, będą potrafili się obronić. Właściwie nie wiadomo tylko, czy mężczyzna również nie posiada jakiejś ukrytej mutamocy… Noż, cholera, są niebezpieczne czasy, lecz nie wariujmy!
- Jesteście głodni? - zapytała uprzejmie. - Wiele nie mamy, ale trochę możemy się podzielić.
Mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony, a dziewczynka wychyliła się zza wujka i pokiwała głową.
- Ja bardzo chętnie, jednak wiem, że w dzisiejszych czasach trudno znaleźć cokolwiek do jedzenia. Nie chcielibyśmy wam przeszkadzać…
- Nie zatracajmy człowieczeństwa - rzekła filozoficznie Bryza. - Powinniśmy sobie wzajemnie pomagać. Ale ostrzegam. - Jej głos nabrał ostrości. - Niczego nie kombinujcie, bo pożałujecie.
Nie dodała, że jedzenie wyrobów Elektry wymaga niemałej odwagi. Sądząc po minach obcych, byli wygłodniali. Nie znali terenu, więc nie wiedzieli, gdzie można jeszcze znaleźć pozostałości dawnego zaopatrzenia sklepów.
- Jestem Bryza - przedstawiła się i wyciągnęła rękę do nieznajomego.
- A ja Tomasz. - Uścisnęli sobie dłonie.
Następnie przedstawili mu się Shiny i Kitty. Mężczyzna nie skomentował dziwnych przezwisk, tylko dziwnie na nich spojrzał.
- A to Gosia. - Popchnął dziewczynkę lekko do przodu. Mała nieśmiało dygnęła i na powrót ukryła się za wujkiem. - Mieszkacie w tym budynku? - zmienił temat. - Wcześniej nie widziałem, aby ktoś tu chodził.
- W tym nie. - Bryza omiotła wzrokiem zniszczone pomieszczenie. - W tamtym. - Machnęła ręką za okno w kierunku Oio. - Dawny Wydział Oceanotechniki i Okrętownictwa. - Pokręciła głową z rozbawieniem. - Mało epickie, ale to nasza bezpieczna wieża. Chodźmy.
Bryza poprowadziła grupkę czworga osób do stóp Oio, a potem schodami na samą górę. Tomasz, a w szczególności Gosia, nieźle się przy tym zasapali. Wdrapawszy się na ostatnie, dziewiąte piętro, gospodyni wskazała gościom krzesła w kuchni. Zniknęła na moment, by przeczyścić drobne zranienia od szkła. Kiedy wróciła, goście nieśmiało zasiedli przy stole.
- Shiny, idź, zmień Elektrę na warcie - poleciła.
Kolejne dziwne imię nie zrobiło już na Tomaszu wrażenia. Chłopak za to skinął głową z pochmurną miną i pobiegł wykonać rozkaz. Popychadło…, przeszło mu przez myśl. Jak nic – popychadło. Mają go w nosie.
Po chwili przyfrunęła Elektra.
- Och! Mamy gości! Jakże dawno nie mieliśmy gości i… dzieci - uśmiechnęła się szeroko.
Po przywitaniu Tomasz i Gosia zaczęli rozglądać się po kuchni. W końcu ich wzrok padł na psychodeliczny fresk na ścianie i z jakiegoś powodu usiedli plecami do niego. Elektra z szafki wyjęła puszkę paprykarza szczecińskiego, po czym podała na stół. - Takie miłe spotkanie trzeba uczcić - zaszczebiotała. - Oj… Bryzo… otworzyłabyś puszkę? Zawsze miałam z nimi problemy…
No tak… To by wyjaśniała różne dziwne odłamki, jakie czasami się przydarzały w jedzeniu przygotowanym dla grupy. Bryza bez problemu zdjęła metalowe wieczko puszki i położyła na stół.
- Jak za studenckich czasów - zażartowała. - Chociaż wtedy mieliśmy jeden paprykarz na osiem osób, ale przynajmniej chleb do tego…
- Ach! Właśnie! Jeszcze podpłomyczek został! - Elektra wyjęła zeschniętego na kość podpłomyka wielkości małej pizzy. - Ojej… Chyba będziemy musieli go maczać w wodzie i jeść.
- Ja podziękuję, swoją porcję oddaję Gosi - oznajmiła Bryza, widząc, w jaki sposób mała patrzy na podpłomyka. - Tomasz, chcesz piwa albo wódki? Jeszcze nam tam coś zostało.
Właściwie to nawet nie “coś”, lecz spore zapasy, bo alkohol się nie psuł, więc przynosili go w dużych ilościach swego czasu. Głównie znosił Napalm oraz Rambo, co w tym momencie nie było istotne.
- Może jednak podziękuję. Wystarczy woda do zmiękczenia podpłomyka.
Elektra nalała mu do miseczki wody z baniaka i zaczęli jeść we czwórkę. Bryza zerkała co jakiś czas na Gosię, która ładowała sobie jedzenie do buzi, jakby miało zaraz zniknąć. Biedny dzieciak. Dorastać w takich czasach…