Hej! Dzisiaj bez większych wstępów, jedynie krótkie przypomnienie: Speedy i Rambo wybrali się po motor. Gdy wracali, usłyszeli jakiś hałas, który wzbudził ich niepokój. Dzisiaj możecie dowiedzieć, jak dalej potoczyła się misja dwojga członków drużyny, a potem... Przekonajcie się sami, co jeszcze przydarzy się bohaterom w tym rozdziale ;)
Rambo, podobnie jak Speedy, objął wzrokiem
otoczenie. Niecałą minutę stali tak i rozglądali się, ale na razie nic się nie
działo.
- Dobra, ja idę z tym złomem, a ty
miej oczy dookoła głowy, jasne?
Ruszył z motocyklem, patrząc w różnych
kierunkach w poszukiwaniu zagrożenia. Speedy zapomniała o żartach i z równą
powagę obserwowała okolicę. Zbliżali się do wiaduktu, za którym znajdował się
Lidl - ich ostatnie źródło pożywienia. Dziewczyna przysunęła się bliżej Rambo,
by poczuć się odrobinę bezpieczniej. Jak fajnie byłoby mieć sprawny motor i móc
stąd śmignąć zamiast walczyć z zombiakami… Owszem, mogłaby użyć swojej
mutamocy, lecz nie zostawiłaby przyjaciela.
Kątem oka zarejestrowała ruch. Strzeliła,
zanim się zastanowiła. Urwany krzyk świadczył, że trafiła… w coś. Z wiaduktu
zwaliło się bezwładne ciało. Trzy - niestety żywe - zombiaki zeskoczyły zaraz
za nim. Speedy strzeliła, lecz napastnik uniknął pocisku. Złapał lufę i
pociągnął, aż dziewczyna straciła równowagę.
Inny zombiak uniósł dłoń, z której buchnęły
płomienie. Ognista kula poleciała w stronę Rambo, który dopiero puszczał motor.
Mężczyzna próbował zrobić szybki unik. Nic z tego. Płomień trafił go w ramię.
Poczuł żar na swojej przypalającej się skórze, a po chwili ogniem zajęła się
cała jego bluza. Nieco spanikowany dowódca szybko ściągnął ją z siebie i rzucił
na ziemię. W całym tym zamieszaniu strzelba też mu się zawieruszyła, więc
ruszył na zombiaka pędem, unikając po drodze kolejnych kul ognia. Zanim
przeciwnik zdołał odskoczyć, Rambo rzucił się na niego z całym impetem
rozpędzonego ciała. Upadli na ziemię. Przetoczyli się po niej, lecz zombiak już
się nie ruszał. Tuż przed uderzeniem mężczyzna zdołał wyciągnął nóż i wbić go w
przeciwnika. Teraz ruszył na kolejnego.
Speedy szarpała się z napastnikiem, próbując
wyrwać mu swojego kałasznikowa, jednocześnie nie dając się złapać. Kopnęła
zombiaka w krocze, a ten z jękiem bólu puścił karabin. Najwyraźniej zombiacza
choroba nie zmieniała ludzi tak bardzo. Speedy straciła jednak równowagę i
poleciała do tyłu na beton. Napastnik rzucił się na nią z wściekłością.
Przeturlała się, obcierając sobie łokcie. Trafiła glanem w szczękę zombiaka.
Chwilę jego słabości wykorzystała na naciśnięcie spustu, a śmiertelne pociski
utkwiły mu w piersi. Dziewczyna wstała, na wszelki wypadek odsuwając się
jeszcze. Teraz, w świetle - mizernym, ale zawsze - dnia wyraźnie dostrzegła
zielonkawą skórę zombiaka. Paskudztwo. Dobrze, że już nie żyje.
Speedy obejrzała się na Rambo. Mężczyzna
szamotał się na ziemi z ostatnim napastnikem. Dziewczyna nie potrafiłaby
strzelić tak, by mieć pewność, że nie trafi przyjaciela. On jednak właśnie
chwycił jakiś kamień, który akurat nawinął mu się pod rękę. Zamachnął się nim
szybko i uderzył mocno w skroń zombiaka. Później na wszelki wypadek poprawił,
przez co upaprał się rozbryzgami krwi. Zlazł z trupa i wyrzucił kamień.
- Cholerne skurczybyki - warknął Rambo,
kucając przy zombiaku-firerze.
Odwrócił go na plecy i wyrwał nóż z klatki
piersiowej. Z kieszeni wyjął jakąś szmatkę i przetarł nią ostrze. Czysty już
nóż schował do pochwy przy pasku. Po tym podszedł do motocykla, obrzucając
nową, spaloną bluzę żałosnym spojrzeniem.
- Dzień jej nie nosiłem - westchnął.
Speedy zbliżyła się, odgarniając włosy z
twarzy. Zmierzyła wzrokiem odsłoniętą klatę Rambo.
- No ja wiem, że było gorąco, ale aż tak?
Zauważyła też przypalone ramię dowódcy,
które zabliźniało się w oczach. Tak, był on healerem - człowiekiem o
nadnaturalnych zdolnościach regenerujących.
Spojrzenie, jakie Rambo posłał Speedy,
mówiło wyraźnie: “w razie pożaru - spłoń”. Chwycił motocykl i ruszył w stronę
Oio, nie odzywając się już do dziewczyny. Potruchtała za nim, nie patrząc na
trupy zombiaków, które zostawili. Spróbowała o nich zapomnieć, skupiając myśli
na czymś pogodniejszym. Z reguły to działało.
W sumie pierwszy raz mogła zobaczyć Rambo
bez koszuli. No cóż, nawet całkiem, całkiem pasowała do niego jego ksywa…
Speedy postanowiła tego nie komentować na głos, by więcej nie narazić się
przyjacielowi. Bądź, co bądź, targał dla niej motor.
Bez dalszych problemów dotarli do Oio. Rambo
wtoczył motor do budynku i ukrył w pustej sali, po czym razem ze Speedy, która
uśmiechała się głupkowato, wdrapali się na ostatnie piętro.
Śnieżka wyszła im na powitanie.
- I jak tam? Jest motor? - Nagle zobaczyła
stan Rambo i zachichotała. - O, Bryza by się ucieszyła… A może i nie… W każdym
razie gorąco ci było ze Speedy, co?
- Zombiaka firera spotkaliśmy - burknął. -
Nowa bluza poszła się palić.
Poszedł do łazienki zmyć krew z ciała.
- A motor…? - Śnieżka zdziwiona odprowadziła
wzrokiem mężczyznę. - Za tę bluzę się tak sfochał? - zapytała rudą
przyjaciółkę.
- Ja wiem? Najpierw się sfochał, jak mu
zaproponowałam randkę z Bryzą, a potem, jak zobaczyłam go bez bluzy. - Speedy
zachichotała. - Może jest nieśmiały?
Śnieżka wzruszyła ramionami.
- W sumie, czasami ma problemy z zagadaniem
do innych - powiedziała i poszła do pokoju dziewczyn.
Niedługo później, kiedy Rambo wychodził z
łazienki, prawie wpadł na Bryzę idącą do kuchni. Kobieta zatrzymała się
zaskoczona, a jej usta ułożyły się w okrągłe “o”.
- Ej no… Bluza mi się sfajczyła i nagle
wszystkim odwala. - Wywrócił oczami.
- Bryza, przynieś mi też płatki, skoro już…
- Napalm urwał w pół zdania, gdy wystawił głowę z pokoju i dostrzegł dowódcę. -
Oj, nie chciałem wam przeszkadzać… - dodał ze śmiechem.
Rambo minął Bryzę i burknął pod nosem:
- Posrało was wszystkie, ale że Napalma
też…?
Napalm wybuchnął gromkim śmiechem, klepiąc
kumpla po plecach. Bryza nie wytrzymała i także się roześmiała - mina Rambo
była godna zapamiętania. Wciąż w dobrym humorze weszła do kuchni po płatki.
*
Wypad nad morze opóźniał się, bo nie mogli
znaleźć nieszczęsnego paliwa do motoru. Rambo odmówił wychodzenia w teren z
jakąkolwiek dziewczyną, więc wybierał się w miasto razem z Napalmem. Z kolei
Speedy i Śnieżka szukały w tym czasie pożywienia w najbliższych okolicach Oio.
Bryza stała właśnie znowu na warcie. Noga
cały czas bolała, ale rano Rambo zmienił jej opatrunek i zdawało się, że rana
dobrze się goi. Rozglądała się po terenie politechniki, wypatrując zombiaków.
Kątem oka dostrzegła ruch w oknie Nowego Eti. Zatrzymała się, zaskoczona.
Zombiaki tam są? Przyłożyła lornetkę do oczu i przyjrzała się podziurawionym
oknom na piętrze.
Nic, nic, nic… Jest! Zszokowana Bryza
spostrzegła około pięcioletnią dziewczynkę wyglądając na zewnątrz. Moment
później mała schowała się za ścianą. Zdecydowanie nie miała zielonkawej skóry,
więc nie mogła być zombiakiem.
- Shiny! - ryknęła kobieta w stronę
otwartych drzwi klatki schodowej.
Po kilku sekundach chłopak zjawił się z
kwaśną miną. Znowu robili z niego jakieś popychadło. Kiedyś dla jaj ubierze się
w strój lokaja, skłoni głowę i zapyta: „Tak, pani?”. Może w końcu by się od
niego odczepili.
Bryza dała mu lornetkę, wskazując kierunek.
Początkowo nic nie widział, ale po chwili mignęła mu przed oczami dziecięca
główka. Shiny zwrócił na Bryzę zdziwiony wzrok, zapominając tymczasowo o
urazie.
- Przydałoby się to sprawdzić, nie?
Zostawiamy Elektrę do pilnowania budynku?
- Nie, może nam się przydać. Lepiej zostawić
Kitty… Chociaż nie. - Bryza nagle zmieniła zdanie. - W razie zagrożenia Elektra
da nam znak błyskawicą, a Kitty może co najwyżej miauknąć… - Shiny spojrzał na
straszą koleżankę spode łba. - No dobra, krzyknąć - poprawiła się. - Idziemy we
troje: ja, ty i Kitty.
- A twoja noga?
- Przeżyję. No już, zbieramy się.
Kilka minut później Elektra została na
dachu, a reszta zeszła na dół Oio, skąd udała się pod Nowe Eti. Bryza zmierzyła
spojrzeniem oba budynki należące kiedyś do budzącego podziw wydziału. Ten
dalszy - nazywany Starym Eti - utrzymał się całkiem nieźle, za to drugi -
nowszy, a zarazem nowoczesny oraz przeszklony - mocno zniszczył się podczas
kataklizmu. Odłamki szyb zaścielały zadbany niegdyś trawnik.
Bryza zatrzymała się, by spojrzeć na
zniszczony napis:
WY Z AŁ E L TRO KI,
TELEKO U IKACJI I IN ORMA YKI
Pamiętała, jak codziennie się tu zjawiała, a
następnie przechodziła przez szklane drzwi automatyczne. Problem był taki, że
ciężko odróżniało się drzwi od ściany - również szklanej. Uśmiechnęła się do
wspomnień. Przestronny hol pokrywała teraz warstwa szkła, kurzu, brudu i krwi.
Wolała nie przyglądać się zawalonym ścianom, by nie dostrzec pod spodem kości.
- Nieciekawe miejsce - skomentowała Kitty,
starając się nie iść po śmieciach, co właściwie było niewykonalne.
- Ta mała była na pierwszym piętrze, więc
może chodźmy tam od razu? - zaproponował Shiny. - Nie ma sensu się rozglądać po
tym pobojowisku, jeszcze coś zobaczymy.
Bryza przytaknęła. Nie uśmiechało jej się
przebywać tutaj dłużej niż to konieczne. Jakkolwiek melodramatyczne to zabrzmi,
wyczuwała tu śmierć - szczególnie, że pamiętała, jak budynek tętnił życiem przed
kataklizmem.
- Dobra, trzymajcie pistolety w gotowości,
ale nie strzelajcie bez mojego pozwolenia, jasne? - zapytała stanowczo, również
wyjmując broń z kabury.
Shiny i Kitty skinęli głowami na znak zgody.
We trójkę weszli na piętro, gdzie skierowali się na prawo. Bryza rozpoznała
korytarz, w którym kiedyś ciągnęły się kolejki do dziekanatu. Tknięta
przeczuciem, podeszła do drzwi prowadzących właśnie do tego pomieszczenia.
- A wam się przyfarciło i nie musieliście
poznać bólu czekania w kolejce tutaj - mruknęła do młodszych towarzyszy.
Z pistoletem w jednej dłoni, drugą nacisnęła
klamkę i pchnęła. Drzwi zaskrzypiały przeraźliwie. Bryza wkroczyła do środka,
rozglądając się uważnie. W kurzu na ziemi dostrzegła ślady niewielkich stóp,
lecz nikogo nie widziała.
Dała znak ręką, by Shiny i Kitty zatrzymali
się. Sama zbliżyła się do przewróconych biurek. Niezależnie od tego, jak bardzo
chciała poruszać się bezszelestnie, butami rozdeptywała niezliczone odłamki
szkła na podłodze. Do tego zaczęła piec ją rana na nodze, bo zamiast siedzieć
na tyłku, jak przykazałby jej każdy lekarz, postanowiła biegać po Eti.
Usłyszała chrzęst szkła. Nie spod swoich
stóp, tylko gdzieś z przodu.
- Hej! Jest tu ktoś? - zawołała. - Nie mamy
złych zamiarów! Chyba że jesteś zombiakiem - dodała półgębkiem.
Coś, raczej ktoś poruszył się za biurkiem.
- Pokaż się! - rozkazała Bryza.
Zza blatu wyłoniła się głowa o długich,
poczochranych, płowych włosach. Zanim Bryza się odezwała, brudna dziewczynka
otworzyła usta. Wydobył się z niej straszliwy wrzask. Bryza krzyknęła z bólu,
chwytając się za głowę. Dźwięk rył dziurę w jej mózgu, porażał każdy nerw.
Kobieta upadł na kolana, bezskutecznie zaciskając uszy. Przeraźliwy wrzask
pokonywał wszelkie przeszkody. Nie mogąc już tego wytrzymać, Shiny zrobił się
na chwilę czarny - zczerniała mu cała skóra, a następnie błysnął oślepiającym
światłem. Niestety, poraził także swoje koleżanki, ale zadanie wykonał -
dziewczynka przestała się wydzierać. Doskoczył do niej szybko i złapał,
zatykając usta. Patrzył wyczekująco na Bryzę.
Kobieta, która stała najbliżej dziewczynki,
więc najbardziej jej się oberwało, potrzebowała dobrej chwili, by dojść do
siebie. Wstała chwiejnie. W głowie jej łupało jak na kacu. Na nogach i rękach
miała drobne rozcięcia od odłamków szkła. No i noga zaczęła boleć jeszcze
mocniej niż zwykle. Zaklęła w myślach parokrotnie, po czym spojrzała na małą
nieznajomą.
- Słuchaj, nie chcemy cię skrzywdzić, jasne?
- odezwała się. - Jesteś sounderką… znaczy… panujesz nad dźwiękiem, tak? Super,
ale nie używaj już mocy na nas, ok? Jesteśmy tacy jak ty. Możemy ci pomóc.
Dziewczynka przerażonymi oczami zerkała na
każde z obcych dla niej ludzi.
- Nie będziesz się już drzeć? - naciskała
Bryza zmęczonym głosem.
Mała lękliwie skinęła głową, więc Shiny
puścił ją na znak starszej koleżanki.
- Kim jesteście? - zapytała cichym, wysokim
głosikiem. Odsunęła się od Shiny’ego.
- No, mówiłam przecież - przypomniała Bryza,
ocierając zakrwawione dłonie o spodnie. - Jesteśmy tacy jak ty: ludzie. A co ty
tu robisz sama?
- Zaraz będzie wujek. Nie jestem sama, wujek
zaraz przyjdzie - powiedziała szybko, a po chwili zapytała z ciekawości. -
Mieszkacie tu?
- Powiedzmy… A kim jest twój wujek? I
dlaczego cię tu zostawił?
- Poszedł po jedzenie, ale zaraz będzie -
powtarzała to ciągle, jakby chciała ich nastraszyć.
- Dawno poszedł? - dopytywała się
zaniepokojona Bryza. Wolała, żeby nie okazało się, że wujka zeżarły lub
zaraziły zombiaki.
- Zaraz wróci - odparła, jakby ktoś temu
zaprzeczał. Wyglądała na coraz bardziej zdenerwowaną tymi pytaniami.
- No dobrze, mała. Jasne, twój wujek zaraz
wróci - przyznała Bryza dla spokoju.
Westchnęła ciężko, zerkając na swoich
towarzyszy. Wolałaby każdego, KAŻDEGO od tej dwójki. Ich miała się pytać o
radę, co zrobić z dziewczynką? Sama musiała podjąć decyzję. Zostawić małą
tutaj? Samą? A jeśli dorwą ją zombiaki? Czekać tutaj z nią? Również bez sensu…
- Jesteś głodna? - zagadnęła po chwili.
- Wujek zaraz przyniesie. - Chyba już nawet
małej nie podobało się to ciągłe powtarzanie.
W tym momencie jak na zawołanie w drzwiach
pojawił się mężczyzna, a mała podbiegła do niego i się przytuliła. Bryza
instynktownie uniosła pistolet, co zrobił również Shiny. Kitty odskoczyła za to
w kąt pokoju, mierząc obcego nieufnym spojrzeniem. Mężczyzna przesunął
dziewczynkę za siebie, trzymając w dłoni maczetę.
- Coście za jedni? - Zmierzył ich groźnym
spojrzeniem.
- Lepsze pytanie, kim ty jesteś? - odparła
twardo Bryza, starając się nie pokazać po sobie słabości.
- To wy mnie nachodzicie i grozicie bronią,
nie wiedzieć czemu. - Zrobił niepewny krok wstecz.
- My cię nachodzimy?! - niedowierzała Bryza.
- Koleś, to nasz teren! Nie chcemy walczyć, ale najpierw chcę wiedzieć, kim
jesteście i co tu robicie.
- Nikt nie postawił znaków z czaszkami czy
czymś - burknął, po czym dodał głośniej. - Szukaliśmy schronienia i jedzenia.
- No cóż, na zombiaków nie wyglądacie -
stwierdziła po namyśle, opuszczając pistolet, a Shiny poszedł za jej
przykładem. - Skąd pochodzicie? Długo już wędrujecie?
- Zostaliśmy wyrzuceni przez inną grupę
jakieś dwa tygodnie temu - odparł ostrożnym tonem.
Bryza drgnęła.
- Inną grupę? Gdzie ona mieszka? I dlaczego
was wyrzucili?
- Uznali, że im przeszkadzamy, że jesteśmy
nieprzydatni. Uciekliśmy z siostrzenicą ze śródmieścia.
Potarła oczy, rozważając, czy ludzki gest z
jej strony może zagrozić całej drużynie. Mężczyzna i dziewczynka nie sprawiali
wrażenia niebezpiecznych osób. No dobra, mała potrafiła nieźle wrzasnąć, lecz
skoro już to wiedzą, będą potrafili się obronić. Właściwie nie wiadomo tylko,
czy mężczyzna również nie posiada jakiejś ukrytej mutamocy… Noż, cholera, są
niebezpieczne czasy, lecz nie wariujmy!
- Jesteście głodni? - zapytała uprzejmie. -
Wiele nie mamy, ale trochę możemy się podzielić.
Mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony, a
dziewczynka wychyliła się zza wujka i pokiwała głową.
- Ja bardzo chętnie, jednak wiem, że w
dzisiejszych czasach trudno znaleźć cokolwiek do jedzenia. Nie chcielibyśmy wam
przeszkadzać…
- Nie zatracajmy człowieczeństwa - rzekła
filozoficznie Bryza. - Powinniśmy sobie wzajemnie pomagać. Ale ostrzegam. - Jej
głos nabrał ostrości. - Niczego nie kombinujcie, bo pożałujecie.
Nie dodała, że jedzenie wyrobów Elektry
wymaga niemałej odwagi. Sądząc po minach obcych, byli wygłodniali. Nie znali
terenu, więc nie wiedzieli, gdzie można jeszcze znaleźć pozostałości dawnego zaopatrzenia
sklepów.
- Jestem Bryza - przedstawiła się i
wyciągnęła rękę do nieznajomego.
- A ja Tomasz. - Uścisnęli sobie dłonie.
Następnie przedstawili mu się Shiny i Kitty.
Mężczyzna nie skomentował dziwnych przezwisk, tylko dziwnie na nich spojrzał.
- A to Gosia. - Popchnął dziewczynkę lekko
do przodu. Mała nieśmiało dygnęła i na powrót ukryła się za wujkiem. -
Mieszkacie w tym budynku? - zmienił temat. - Wcześniej nie widziałem, aby ktoś
tu chodził.
- W tym nie. - Bryza omiotła wzrokiem
zniszczone pomieszczenie. - W tamtym. - Machnęła ręką za okno w kierunku Oio. -
Dawny Wydział Oceanotechniki i Okrętownictwa. - Pokręciła głową z rozbawieniem.
- Mało epickie, ale to nasza bezpieczna wieża. Chodźmy.
Bryza poprowadziła grupkę czworga osób do
stóp Oio, a potem schodami na samą górę. Tomasz, a w szczególności Gosia,
nieźle się przy tym zasapali. Wdrapawszy się na ostatnie, dziewiąte piętro,
gospodyni wskazała gościom krzesła w kuchni. Zniknęła na moment, by przeczyścić
drobne zranienia od szkła. Kiedy wróciła, goście nieśmiało zasiedli przy stole.
- Shiny, idź, zmień Elektrę na warcie -
poleciła.
Kolejne dziwne imię nie zrobiło już na
Tomaszu wrażenia. Chłopak za to skinął głową z pochmurną miną i pobiegł wykonać
rozkaz. Popychadło…, przeszło mu przez myśl. Jak nic – popychadło. Mają go w
nosie.
Po chwili przyfrunęła Elektra.
- Och! Mamy gości! Jakże dawno nie mieliśmy
gości i… dzieci - uśmiechnęła się szeroko.
Po przywitaniu Tomasz i Gosia zaczęli rozglądać
się po kuchni. W końcu ich wzrok padł na psychodeliczny fresk na ścianie i z
jakiegoś powodu usiedli plecami do niego. Elektra z szafki wyjęła puszkę
paprykarza szczecińskiego, po czym podała na stół. - Takie miłe spotkanie
trzeba uczcić - zaszczebiotała. - Oj… Bryzo… otworzyłabyś puszkę? Zawsze miałam
z nimi problemy…
No tak… To by wyjaśniała różne dziwne
odłamki, jakie czasami się przydarzały w jedzeniu przygotowanym dla grupy.
Bryza bez problemu zdjęła metalowe wieczko puszki i położyła na stół.
- Jak za studenckich czasów - zażartowała. -
Chociaż wtedy mieliśmy jeden paprykarz na osiem osób, ale przynajmniej chleb do
tego…
- Ach! Właśnie! Jeszcze podpłomyczek został!
- Elektra wyjęła zeschniętego na kość podpłomyka wielkości małej pizzy. - Ojej…
Chyba będziemy musieli go maczać w wodzie i jeść.
- Ja podziękuję, swoją porcję oddaję Gosi -
oznajmiła Bryza, widząc, w jaki sposób mała patrzy na podpłomyka. - Tomasz,
chcesz piwa albo wódki? Jeszcze nam tam coś zostało.
Właściwie to nawet nie “coś”, lecz spore
zapasy, bo alkohol się nie psuł, więc przynosili go w dużych ilościach swego
czasu. Głównie znosił Napalm oraz Rambo, co w tym momencie nie było istotne.
- Może jednak podziękuję. Wystarczy woda do
zmiękczenia podpłomyka.
Elektra nalała mu do miseczki wody z baniaka
i zaczęli jeść we czwórkę. Bryza zerkała co jakiś czas na Gosię, która ładowała
sobie jedzenie do buzi, jakby miało zaraz zniknąć. Biedny dzieciak. Dorastać w
takich czasach…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz