Półtora roku temu wybuch Yellowstone spustoszył połowę Ameryki Północnej, a wulkaniczny pył osiadł także na całej półkuli północnej i pozostał w atmosferze niczym nieustające, ciemne chmury. Wybuch wzbudził również inne wulkany, a trzęsienia ziemi uszkodziły reaktory jądrowe.

Miliony, miliardy ludzi zginęło.

Wśród ocalałych pojawiła się nieznana choroba, która zmieniała ludzi w kanibali. Ich głód ludzkiego mięsa można porównać do wampirzego pragnienia znanego z książek.

Skażenie lub groza sytuacji obudziła u niektórych niewyjaśnione mutamoce.

Panuje półmrok spowodowany pyłem w atmosferze, ale w Europie z rzadka da się już dostrzec przebijające się z trudem promienie słońca. W zniszczonych, opustoszałych miastach trwa walka o przetrwanie.

Ogłoszenia

Pierwsze pięć rozdziałów zostało lekko edytowanych. Zmiany, jak uprzedzałyśmy, nie tyczą się głównej fabuły, tylko błędów stylistycznych oraz związanych z charakterami postaci. Nie ma potrzeby, by ci, którzy czytają na bieżąco, musieli wracać do tamtych rozdziałów, ale piszemy o fakcie zmiany dla zachowania porządku.

sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 11

Dzisiaj bez długiego wstępu. Po prostu mamy nadzieję, że chcielibyście się dowiedzieć, jak członkowie drużyny poradzili sobie ze śmiercią jednej ze swoich przyjaciółek. Także zapraszamy do czytania. Jeżeli wchodzicie tutaj, jeżeli w jakiś sposób zainteresowała Was ta historia, jeżeli macie jakieś uwagi, gorąco zachęcamy do komentowania. Chciałybyśmy poznać Waszą opinię.

Do północy baza została prawie całkowicie zabezpieczona, a z Oio zniesiono także broń martwych zombiaków. Dopiero wtedy członkowie drużyny położyli się spać - byle gdzie, byle jak. Ta noc nie była łatwa dla nikogo. Obrażenia, choć opatrzone, bolały, ale bardziej doskwierała utrata Kitty. Bryza powiedziała również reszcie o Gosi i Tomaszu, co tylko pogorszyło sprawę.
Rano Bryza znów zagoniła wszystkich do roboty. To pomagało nie myśleć. Dokańczali przygotowywanie środków ochrony Novum, układali rzeczy w pokojach. W końcu zabrakło więcej pracy.
Koło południa zjawił się Rambo. Nie wyglądał najlepiej. Miał podkrążone, czerwone oczy, chwiał się lekko, a na dodatek śmierdział alkoholem. Widząc przyjaciół, spuścił głowę. Nie wiedział, czemu tutaj przyszedł, po co to zrobił oraz co powinien zrobić teraz. Chciało mu się pić - tylko z tego zdawał sobie całkowicie sprawę. Widząc przechodzącego obok Napalma, zapytał ochrypłym głosem:
- Podasz trochę wody?
Napalm bez słowa, wręcz lękliwie dał mu butelkę wody. Bryza stanęła w drzwiach obecnej kuchni, obserwując Rambo z niepokojem. Mężczyzna wypił jednym haustem niemal pół butelki wody, a potem zobaczył utkwione w siebie spojrzenia.
- Co? - warknął. - Nie macie nic lepszego do roboty, tylko się na mnie gapić?
Napalm wzruszył ramionami, unosząc ręce w obronnym geście. Wymamrotał coś, że „przecież się nie gapi”. Bryza ze zmarszczonymi brwiami skrzyżowała ręce na piersi, ale ostatecznie odeszła.
- Jasne... - syknął.
Wiedział, jak wygląda. Wiedział, że zawiódł swoją siostrę. Ciągle miał wrażenie, że się na niego gapią, obmawiają go. Prychnął, dopił wodę i odrzucił butelkę w kąt. Zszedł na pierwsze piętro, gdzie zaszył się w ciemnym audytorium.
Wszyscy wciąż byli przybici i zamiast grać czy rozmawiać, w milczeniu siedzieli w pokojach. Bryza ustaliła warty, ale nie wysłała nikogo po jedzenie. Mieli na razie dość zapasów, a wolała, by nikt w takim stanie nie zapuszczał się na puste ulice - nie tylko z powodu przygnębienia, lecz i ran. Najgorzej oberwała Elektra - nożem w plecy. Bryza opatrzyła ją tak, jak potrafiła, jednak nie znała się na tym specjalnie. To Rambo zawsze się tym zajmował…
Bryza z ulgą wyszła na zewnątrz budynku. Świeże powietrze pomagało jej jak nic innego. Przeszła w okolice Oio, gdzie dostrzegła świeżo skopaną ziemię. Bez wątpienia grób Kitty. Kobieta znalazła jakąś deskę, po czym wyryła na niej nożem imię - właściwie nie imię, a przezwisko - zmarłej koleżanki. Następnie wbiła deskę w miękką jeszcze ziemię. Uklękła obok. Przypomniała sobie kocie oczy dziewczyny martwo wpatrzone w sufit. Potrząsnęła głową. Przywołała inne wspomnienia, weselsze. Jak bardzo Kitty cieszyła się, gdy Speedy przyniosła sukienki… Jak kiedyś znalazła grupkę dzikich kotów, które łasiły się do niej niczym udomowione… Jak przypaliła boczek - z trudem znaleziony jeszcze na samym początku…
Bryza wstała, odgarniając z twarzy włosy plątane przez wiatr. Nie chciała wracać do Novum, samotnie mierzyć się z problemami. Wiedziała jednak, że od nich nie ucieknie.

*

Tymczasem w Novum wszyscy siedzieli w ciszy, jakby w letargu: albo podpierali ściany, albo leżeli na ziemi, albo siedzieli i patrzyli w przestrzeń. Stracili koleżankę, Tomasz z siostrzenicą uciekli, bo drużyna nie potrafiła ich ochronić, a jak dotąd niezachwiany dowódca załamał się.
Gdy w końcu dopadł ich głód, zabrakło im też w pełni sprawnej Elektry. Może i robiła dziwne dania - choć trudno je nazwać daniami, w końcu w większości to konserwy - ale zawsze mieli coś podstawione pod nos. Teraz chwycili po prostu po zupce chińskiej, Napalm zagotował wodę i zjedli w ciszy. Przy okazji nakarmili Elektrę, żeby nie umarła z głodu.
W nocy niezauważenie pojawił się Rambo. Zakradł się cichcem do nowej spiżarni i zabrał z niej coś do jedzenia oraz picia. Przy tym wódkę. Następnie powrócił do swojej ciemni.
Trwało to dwa dni. Wszyscy tkwili w letargu, albo nie robiąc nic, albo starając się jeszcze coś uprzątnąć. Nikt nie chciał podejść do Rambo, lecz Bryza powoli traciła cierpliwość. Był dowódcą, nie mógł się tak załamywać stratą siostry w nieskończoność, powinien być silny, sam wszystkich podnosić na duchu...
Ostatecznie Bryza stwierdziła, że Rambo miał dość czasu na użalanie się nad sobą. Wiedziała, że nikt inny nie zrobi tego, co potrzeba. Zebrała w sobie całą pozostałą odwagę oraz siłę, której już jej brakowało. Chwyciła latarkę i weszła do pogrążonego w mroku audytorium. Rambo znalazła niedaleko tablicy. Siedział w kącie, opierając się o stojące tam pianino (nie wiadomo, kto z władz uczelni wpadł na to, aby je tam ustawić), wyraźnie podpity, w paskudnym stanie. Bryza skierowała strumień światła trochę w bok, by go nie oślepiać.
- Wstawaj - rozkazała twardym głosem.
- Daj mi spokój. I tak mnie przecież nie chcecie widzieć - wybełkotał, zasłaniając oczy ręką. W drugiej trzymał butelkę wódki.
Bryza podeszła do niego, po czym wyrwała mu ją z ręki, odstawiając dalej na podłogę.
- Wstawaj - powtórzyła. - Zanim wódka do reszty wypali ci mózg. Jesteś naszym dowódcą i masz do nas wrócić.
- Przestań. Nie nadaję się. Świetnie sobie radzisz - dukał. - Oddawaj - Wystawił rękę po odebraną butelkę. Powoli zaczął się podnosić, ale zachwiał się i upadł z powrotem pod ścianę.
- Nie, nie radzę sobie - wycedziła. - Poza tym, skąd możesz o tym wiedzieć? Siedzisz tylko tutaj, nie interesuje cię, jak sobie radzimy. Myślisz, że tylko ty cierpisz? Owszem, Kitty nie była moją siostrą, ale w dalszym ciągu była jedną z nas. Do tego, Gosia… Musiałam sama podjąć decyzję i nie wiem, czy jest słuszna. Brakuje mi sił! Potrafię innych zmusić do jakiegokolwiek działania, ale nie potrafię wyrwać ich z letargu. Nie jestem tobą! - Za wszelką cenę próbowała powstrzymać drżenie głosu. Przecież nie mogła się teraz nad sobą rozczulać. - Kitty była twoją siostrą, lecz teraz my także jesteśmy twoją rodziną. I potrzebujemy cię - zakończyła z naciskiem.
- Przestań marudzić - prychnął. - Zawiodłem wszystkich. Nic nie było tak, jak powinno. Kitty nie żyje. Nie uratowałem jej… nie pomogłem… Wy też omal nie zginęliście… Zresztą, co ty tam rozumiesz… - wymamrotał na koniec.
- Że niby co? Nie rozumiem twojego bólu? - syknęła wściekle. - Że niby myślisz, że nie straciłam nikogo bliskiego? Każdy stracił. Rodzice Shiny’ego chcieli go zeżreć, nie pamiętasz? Sam ich zabiłeś. Na jego oczach! A ja własnymi rękami zabiłam mojego chłopaka. Rzucił się na mnie. To było tuż po apokalipsie. Ty przynajmniej nie musiałeś zabijać Kitty… Pozostała człowiekiem. I co? Myślisz, że ta cała walka to też twoja wina? Nie jesteś wszechmogący. Nie mogłeś tego przewidzieć! Wstawaj, do cholery! - krzyknęła.
Zbliżyła się i szarpnęła go za bluzę. Był jednak dla niej zdecydowanie za ciężki, by mogła podnieść go do pionu. Trzasnęła więc mężczyznę otwartą dłonią w twarz. Rambo chwilowo zatkało. Jak dotąd nikt go tak nie traktował. W końcu odtrącił ją i zerwał się na nogi, zataczając jednocześnie. Chwycił Bryzę za nadgarstek.
- Nie pozwalaj sobie - warknął, zionąc jej w twarz jednocześnie smrodem alkoholu. - Zresztą nie mam zamiaru cię słuchać. To moja sprawa, co robię. A ja powiedziałem wyraźnie: nie nadaję się już na dowódcę. Zrozumiałaś?
- Nie, kretynie, nie zrozumiałam! - Wyrwała mu swoją rękę. - Jesteś dobrym dowódcą, póki nie użalasz się nad sobą. Skończ wreszcie pić! To wszystko to nie jest tylko twoja sprawa! Wszyscy cię potrzebujemy! Jesteś naszym dowódcą, bo cię nim wybraliśmy, a ty podjąłeś się tego zadania. Nie możesz teraz odejść. Weź się w garść!
- Zrobię, co mi się będzie podobało! - krzyknął i odepchnął ją.
Bryza upadła na podłogę, a latarka potoczyła się na bok. Mężczyzna chwilę patrzył na nią, dysząc ciężko, po czym osunął się na ziemię. Ukrył twarz w dłoniach i nic już nie powiedział.
Bryza podniosła się, jeszcze bardziej wściekła. Szarpnęła go ponownie za bluzę.
- I co? Najlepiej, tak?! Pewnie, poddaj się. Mazgaj się jak baba… O nie, przepraszam, ja jestem babą i jakoś się nie mazgaję. Więc co? Jak dziecko, tak? Kitty miała odwagę stanąć w obronie Gosi, a ty nie masz odwagi wyjść wreszcie z tego cholernego audytorium! Weź się w garść!
Spojrzał na nią z zaciśniętymi zębami, jakby zastanawiał się pomiędzy uspokojeniem się a uderzeniem Bryzy. Pokręcił lekko głową.
- Nie chcę się im teraz tak pokazywać...
- To się otrząśnij wreszcie - powiedziała ostro. - Albo przyjdziesz do kuchni za dziesięć minut, albo wrócę tu z wiadrem wody. Twoja decyzja - rzuciła, po czym wyszła zdecydowanym krokiem.
Leżącą na ziemi latarkę zostawiła, by Rambo mógł z niej skorzystać. Mężczyzna westchnął. Chwilę leżał na podłodze z zamkniętymi oczami, po czym usiadł. Bryza miała trochę racji. To, że wcześniej zaniedbał drużynę… siostrę przede wszystkim, to nie znaczy, że teraz musiał to robić ponownie. Raczej powinien się poprawić. Nie miał pojęcia, jak teraz spojrzy reszcie w oczy. Może lepiej tutaj zostać… W końcu ta woda to nie jest taki zły pomysł… Może będzie trochę mniej śmierdział? Chociaż przydałaby się raczej porządniejsza kąpiel. Po chwili przypomniał sobie ostatnie słowa Bryzy: „…jak baba!”, „…jak dziecko!”. Zacisnął zęby. Jak śmiała go tak nazwać?! Cholerna, głupia kobieta! Nie radzi sobie, przychodzi po pomoc, a potem wyzywa, mając go za gorszego. Z wściekłością chwycił butelkę z resztkami wódki i nie do końca świadomie rozbił ją o podłogę. Jak ją zobaczy, to… to… jej pokaże! Nigdy więcej nawet przez myśl nie przejdą jej takie słowa, cholerna idiotka.
Rambo pokręcił głową i wstał chwiejnie. W jednej ręce niósł latarkę, którą oświetlał sobie drogę, a drugą trzymał się czego tylko mógł, aby nie upaść, wściekłość dodatkowo go zaślepiała. Niestety, już po chwili po audytorium rozległo się głośne łubudubudu!. Mężczyzna upadł z podwyższenia i teraz zbierał się ponownie z podłogi. Tak chyba reszcie nie zaimponuje… Wstał z wysiłkiem, zmuszając się, by stać prosto. Następnie ruszył przed siebie, starając się nie chwiać. W sumie nie szło mu nawet tak źle, gdy się na tym skupił. Jak go Bryza i reszta zobaczy, odechce im się obmawiania go za plecami… Tak, na pewno go obmawiali.
Zderzył się ze ścianą.
Kilka minut później, zataczając się, dotarł na trzecie piętro i poszedł do pomieszczenia, z którego wcześniej brał wódkę i jedzenie. Zajrzał niepewnie do środka, chcąc się zorientować, kto tam teraz przebywa.
Bryza stała oparta biodrem o stół, z rękami skrzyżowanymi na piersi, ze wzrokiem twardym jak stal. Speedy i Napalm siedzieli na krzesłach przy kuchence gazowej, próbując na patelni usmażyć wyjątkowo starą konserwę. Oboje nie dostrzegli jeszcze Rambo.
Mężczyzna na powrót schował się za ścianą. No dobrze. Chcą, żeby był dowódcą… W każdym razie Bryza chce. Jeżeli tak, to nie mają już prawa powiedzieć na niego złego słowa. A właściwie to ona. Przynajmniej nikt nie był świadkiem tej rozmowy, którą odbył z Bryzą… oprócz oczywiście samej zainteresowanej. Jeżeli będą mu podskakiwać, to powie, co o tym myśli. Sam poustawia wszystkich po kątach, żeby zapomnieli o ostatnich wydarzeniach.
Tak się nakręcał przed wejściem do kuchni, zaraz wyprostował się dumnie i wszedł do środka dziarskim krokiem. Zaraz za drzwiami wpadł na pierwszy stół - głowę miał zbyt dumnie uniesioną do góry, przez co nie zauważył przeszkody. Zaklął, na powrót się wyprostował i nie zważając na ciekawskie spojrzenia Napalma oraz Speedy, stanął prosto przed Bryzą.
- A więc czego chciałaś? - zapytał twardo.
- Wreszcie się tu przywlokłeś - stwierdziła obojętnie, mierząc go krytycznym spojrzeniem. - Czego chciałam? No nie wiem… - zadrwiła. - Może, żebyś znowu stał się dowódcą, jakim byłeś kiedyś.
Speedy odsunęła się zapobiegawczo pod ścianę, a Napalm zerkał to na Bryzę, to na Rambo, nie wiedząc jeszcze, co powinien zrobić. Dowódca dostrzegł to zachowanie i z chmurną miną rzucił do Speedy:
- A tobie co? Masz robaki w tyłku? - Po tym znowu zwrócił się do Bryzy: - A ty przestań się wymądrzać i patrzeć na mnie z wyższością. Jak nie potrafisz sobie poradzić, to się nie odzywaj - warknął i usiadł przy stole. - Długo jeszcze będzie trzeba czekać na to jedzenie? - Spojrzał na Napalma. Starał się brzmieć mniej napastliwie, ale niestety nie wyszło.
- Miałeś być dowódcą, jakim byłeś kiedyś, a nie jaśnie panem - warknęła Bryza. - Najpierw wytrzeźwiej.
Zanim odpowiedział, wyszła najpierw z kuchni, a potem z całego budynku. Musiała ochłonąć. W kuchni za to Speedy w dalszym ciągu z lękiem patrzyła na Rambo, a Napalm rzucił mu talerz z nadpaloną konserwą.
- Nie czepiaj się Speedy - odezwał się chłodno. - I nie warcz na Bryzę. Od ataku robi, co może, aby utrzymać grupę. A powinieneś to robić ty.
- A czemu nie ty? Zawsze wszystko musicie zostawiać na jednej głowie? - zapytał. - Prawda, byłem jakiś czas niedysponowany, ale jak się miałem spodziewać, że zostawicie Bryzę bez wsparcia?
Napalm spuścił wzrok zawstydzony.
- Śmierć Kitty… Utrata domu… Wszyscy daliśmy się poddać rozpaczy - przyznał. - Sądzę, że nie mnie jednemu przypomniały się dni po apokalipsie, kiedy wydawało się, że… że to już koniec. Nie potrafiłem nic z siebie wykrzesać. Owszem, zawiodłem. Ale przynajmniej nie zamykałem się w audytorium z wódką.
Rambo tego nie skomentował. Napalm niestety miał swoją rację. Dowódca zaczął jeść przypaloną konserwę w milczeniu. Po dłuższym czasie spojrzał w końcu na Speedy.
- Sorry, mała. Trochę jestem rozdrażniony - mruknął.
Speedy skinęła głową, skupiając się na mieszaniu na patelni kolejnej porcji konserwy. Napalm włożył ręce do kieszeni, nie bardzo wiedząc, co robić. Ciszę przerwał odgłos kroków, a po chwili do kuchni zajrzała Śnieżka.
- O… Rambo. - Chyba jako jedyna choć trochę uśmiechnęła się na jego widok. - Już lepiej? Przyznam, że trochę nam ciebie brakowało.
- Jasne, jasne… Ale już chyba was nie opuszczę.
- Oj, chyba będziesz musiał. Choć na chwilę. Strasznie śmierdzisz. W ogóle kiepsko wyglądasz. - Śnieżka stanęła koło Speedy i przyglądała się Rambo.
- Hmm… Może dlatego Bryza wyszła… - mruknął do siebie, kończąc konserwę.
- Powiedziałabym, że nie dlatego - stwierdziła pod nosem Speedy, która również zdołała się już blado uśmiechnąć, gdy przekonała się, że Rambo wraca do normalniejszego zachowania.
- Potem przydałoby się, żebyś zajrzał do Elektry - rzekł Napalm. - Zombiak wbił jej nóż w plecy. Bryza opatrzyła ranę, jak potrafiła, ale… no wiesz. Nie jest lekarzem.
Rambo kiwnął głową i dokończył posiłek.
- Może na razie się wstrzymam z takimi działaniami, a tymczasem… Jest tu gdzieś możliwość umycia się?
- Możesz wziąć sobie miskę i wodę z baniaków. Niedawno przytargaliśmy zapas - odparł Napalm. - Gdzieś tam w pakunkach powinno być mydło.
Rambo kiwnął głową, kończąc jedzenie. Następnie wstał od stołu, zabrał wodę oraz miskę i ruszył chwiejnie do łazienki. Smród po nim jednak nie wywietrzał. Śnieżka spojrzała niepewnie na Napalma i Speedy.
- No dobra… A gdzie Bryza?
- Nie wiem. Chyba już wcześniej pożarła się z Rambo. Wymienili tu jeszcze parę niemiłych słów, po czym Bryza wyszła. - Napalm wzruszył ramionami. - Na pewno nie zrobi nic głupiego.
Rambo wrócił pół godziny później, jednak dalej nie najlepiej utrzymywał równowagę. Mimo to w głowie miał mniej więcej poukładane, co trzeba zrobić. Zaczął się przechadzać po Novum i wokół niego w poszukiwaniu Bryzy. Znalazł ją przy pobliskim budynku, gdzie siedziała ze skrzyżowanymi nogami na pokaźnym odłamku ściany. Była odwrócona tyłem do Novum, więc Rambo widział na razie jedynie ciemną, zniszczoną kurtkę kobiety oraz niedbale związane, brązowe włosy. Bryza musiała słyszeć jego kroki, gdy do niej podchodził. Przystanął obok, a po chwili namysłu usiadł. Bardziej miało to jednak związek z zachowaniem równowagi, aniżeli kulturą.
- Słuchaj… Wybacz mi kilka dni niedyspozycji. Możemy o tym zapomnieć? - Jak szybko zaczął, tak szybko skończył. Patrzył wyczekująco na kobietę, której wzrok wciąż utkwiony był gdzieś w przestrzeni.
- Jasne, spoko. - Wzruszyła ramionami. - Nie ma o czym mówić.
- Tak?! - Ucieszył się. - To świetnie. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Myślę, że jeden dowódca to trochę mało. Przydałby się jakiś poddowódca czy coś. - Zmarszczył brwi. Zorientował się, że „poddowódczyni” dziwnie brzmi, więc się poprawił. - Albo oficer… cokolwiek wolisz. Bo prosiłbym cię właśnie o taką pomoc.
- Ok - wymamrotała, wciąż na niego nie patrząc.
Gdy usłyszała wcześniej, że się zbliża, szybko otarła łzy, ale teraz znowu poczuła, że wymykają się z oczu na policzki. Otarła je szybko, mając nadzieję, że Rambo tego nie zauważył. Musiała być twarda. Nienawidziła bezsilności, jednak w ostatnich dniach doznała jej aż nadto. Dzisiejsza kłótnia przeważyła opanowanie. Było na tyle ciemno, że łez mężczyzna nie dostrzegł, lecz zobaczył ruch. Usiadł naprzeciw niej, uprzednio omal na nią nie wpadając, i spojrzał jej w oczy.
- Ej… Ale nie płacz. Znaczy wiesz… We wszystkim ci pomogę, w razie czego… Nie o to chodzi? - Rambo myślał gorączkowo, czego mogły dotyczyć te łzy, jednak myśli mu się plątały. - Jak coś, to mów, przyniosę ci, czego potrzebujesz, ale nie płacz już. - Położył jej dłoń na ręku.
Przypomniała sobie, jak potraktował ją ledwie trochę ponad pół godziny temu. Nadal był pijany, ale jego gest i tak rozczulił Bryzę. Zmusiła się do słabego uśmiechu.
- Nic mi nie jest - zapewniła. Odetchnęła głęboko. - To nic, naprawdę. Ja… Mówiłam, że nie mam już siły. Od trzech dni prawie nie spałam. Ciągle gdzieś biegam i myślę… Nieważne. - Potrząsnęła głową, spuszczając wzrok. W panującym półmroku z trudem dostrzegła wielką dłoń Rambo przykrywającą jej własną. Dawno temu miała gładkie palce, wyćwiczone głównie od stukania w klawiaturę. Teraz pokrywały je odciski od broni, walki oraz przenoszenia ciężkich rzeczy. Wyczuła podobne zgrubienia na dłoni Rambo. Dziwne, że… ją dotknął. Nie pamiętała z jego strony takich gestów… Przecież jest pijany, uświadomiła sobie po raz kolejny. To nic nie znaczy. - Nieważne. Nic mi nie jest - powtórzyła.
- Ale… płakałaś, nie? - zapytał, całkowicie skołowany. Pokręcił głową. Sam już nie wiedział, czy nie rozumiał jej przez alkohol czy przez to, że i tak by jej nie zrozumiał. - To może… Pójdziesz teraz spać? A ja się zajmę resztą. Choć teraz to już trochę po ptakach… Bo wszystko załatwiłaś, ale… mimo wszystko.
- Ok, to chyba najlepszy pomysł.
Wstała, wysuwając swoją dłoń spod ręki Rambo i obejmując się ramionami, zmęczonym krokiem ruszyła w stronę Novum. Rambo poszedł za nią, nie mając pojęcia, jak może ją pocieszyć. Ją, siebie, każdego… Spuścił głowę i nie trafił do wejścia. Uderzył barkiem o futrynę, odbił się o drugą, otrząsnął, po czym szedł dalej, jakby nic się nie stało. Miał nadzieję, że idąca z przodu Bryza tego nie widziała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz