Bez wstępów, miłej lektury ;)
Pod wieczór
Rambo postanowił zorganizować wieczór filmowy, by rozluźnić atmosferę po
dzisiejszej awanturze. Zebrali się więc w sypialni - obecnie ich największym
pomieszczeniu - gdzie poprzynosili krzesła i stół, uprzednio złożywszy śpiwory
pod ścianami.
Na dworze
zmierzchało, więc pozapalali parę świeczek. Wreszcie odpalili laptopa i jak
zwykle rozpoczęła się kłótnia o film. Tym razem wygrał „Matrix”. Kiedy wszyscy
już się rozsiadali, Rambo spojrzał na Napalma.
- Twoje warta
się zaczyna - przypomniał pozornie łagodnym głosem.
- Ale… teraz? -
jęknął. - Oglądamy film!
- No taka była
umowa… A wolisz wychodzić w środku? - zapytał.
- Ale… - Napalm
westchnął ciężko z miną pełną bólu. - I wszystko za to, że jej nie
powstrzymałem? - Zerknął Bryzę.
Bryza, która do
tej pory cicho siedziała na nieco oddalonym krześle, podniosła wzrok.
- O co chodzi?
- zapytała zdziwiona.
- O to, że
muszę przez ciebie sterczeć na warcie przez pół nocy - wytknął jej zirytowany.
- Serio? -
Kobieta pytająco spojrzała na Rambo.
- Ta. Uznałem,
że Napalm zrobił najgorzej, puszczając cię samą. Tobie już nie wciskałem, bo
trochę się wybroniłaś tymi nasionami - wytłumaczył.
- Ale to nie
jego wina! - zaznaczyła szybko. - Próbował mnie powstrzymywać, naprawdę. Ja
wezmę tę wartę, tylko ja zawiniłam.
- Trochę za
szybko zmieniasz zdanie - burknął. - Może po prostu się umówcie razem, kto ile
wartuje, będziecie mieli sprawiedliwie według siebie.
- Ok, mogę
wziąć nawet całą noc, przeżyję, ale nie chcę, by Napalm przeze mnie cierpiał.
Sam
zainteresowany w tym momencie poczuł już się głupio. Zmierzwił sobie włosy,
spoglądając niepewnie na Bryzę.
- Nie, no
dobra, trochę mi się należy… - przyznał z wahaniem. - Mogłem faktycznie cię
związać czy coś… Postoję pół nocy. Serio - dodał, gdy Bryza już otwierała usta.
- Zgoda -
rzekła po chwili - ale ja pójdę teraz, bo ty wolałbyś oglądać film -
postanowiła. - Na razie.
Tym razem nie
zapomniała ciepłej kurtki i poszła na dach zmienić Speedy. Gdy została sama,
znowu pomyślała o przyszłości w tym zniszczonym świecie. Liczyła sobie dopiero
dwadzieścia dwa lata, więc właściwie miała jeszcze czas, by założyć rodzinę i w
ogóle… Ale jak tu znaleźć ukochanego? Jak urodzić dziecko? Jak je wychować w
nieustannym strachu o przetrwanie? Faceci pewnie nie zrozumieją tego
wszystkiego. Oni mają okazję do wykazania się oraz powalczenia, więc jest
super. A dziewczyny…? One prawdopodobnie nawet sobie jeszcze nie uświadomiły
prawdy, a Bryza nie zamierzała zmieniać tego stanu. Rambo miał trochę racji…
Trzeba po prostu żyć dalej… Niczego nie da się zmienić. Powinna zapomnieć o
sprawie, skoro i tak nie da rady nic z nią zrobić.
*
Gdy rano Rambo
wstał, ujrzał, że Speedy i Bryza musiały przesunąć swoje śpiwory bliżej siebie,
a ruda trzymała dłoń przyjaciółki. Zaraz jednak inni również zaczęli się
budzić, przy czym zapanował ogólny rozgardiasz. Na razie musiał jednak
zignorować dziewczyny, choć i tak Bryza ostatnio nie dawała mu spokoju, także w
myślach. Nie miał pojęcia, czemu jest aż tak smutna. Chciałby coś na to
poradzić, ale nie wiedział jak.
Widząc, że
wszyscy już są na nogach, zamachał rękami, aby zwrócić na siebie uwagę.
- Hej, załogo,
plan jest taki: dzisiaj sadzimy nasionka przyniesione przez Bryzę, a jutro, tak
wstępnie, idziemy po sadzonki na ogródki działkowe. Drogę będziemy mięli długą,
bo trzeba się będzie ruszyć na drugą stronę Gdańska, ale musimy myśleć o przyszłości.
Jutro pójdzie cała drużyna uderzeniowa, jak coś. Jakieś pytania, obiekcje?
- Myślałam, że…
- odezwała się ledwie słyszalnie Bryza. - Że lepiej, by ktoś dobrze walczący
zostawał w bazie na wypadek ataku… Bo… wtedy… wtedy wszyscy byliśmy poza i…
Zamilkła,
patrząc gdzieś w bok. Rambo także przez moment w ciszy wbijał wzrok w podłogę.
- No… Prawda. I
na wycieczkę potrzebujemy ludzi, i do zostania w bazie. Elektra i Shiny
zostają, to jasne… Co najmniej jedna osoba jeszcze by się przydała. - Chwilę
obserwował wszystkich, próbując określić, kto bardziej się przyda w plenerze, a
kto mniej. - Może Śnieżka zostanie, co? W plenerze niekoniecznie snajper się
przyda… Jak myślisz? - Na powrót spojrzał na Bryzę.
Zerknęła na
niego krótko.
- Jak uważasz -
odparła.
- Pytam się
ciebie jako zastępcy - powiedział zirytowany.
- W sumie, to
chciałeś zastępcy nie doradcy - stwierdziła spokojnie, podnosząc na niego
wzrok. - Ale ok, z nas wszystkich Śnieżka faktycznie powinna sobie najlepiej
poradzić z inwazją zombiaków na Novum.
I znowu wszyscy
wokół wpatrywali się w tę dwójkę z napięciem. Rambo jednak nie chciał się znowu
kłócić, więc tylko zacisnął usta.
- Dobra,
Śnieżka zostaje. Ale spokojnie, to dopiero jutro. Teraz sio na śniadanie. Niech
następny zmieni Napalma po jedzeniu.
Wszyscy
pokiwali głowami i ruszyli na trzecie piętro, do kuchni. Po skończonym posiłku
Śnieżka poszła zmienić Napalma po nocnej warcie.
- Możesz już
iść jeść. Tylko uważaj, bo sytuacja dalej napięta - odezwała się do niego.
- Oni sobie
kiedyś krzywdę zrobią - westchnął z rozbawieniem widocznym nawet na jego
zmęczonej twarzy. - Załatwmy im jakiś ring czy coś. Może, jak raz się potłuką,
to im przejdzie.
- Coś ty… Bryza
od czasu do czasu wygląda, jakby się miała zaraz rozpłakać, a Rambo to już
zupełnie sobie z tym nie radzi, więc robi to, co zwykle. I wszystko zapętla się
bardziej.
- Ale w pętli
for, while czy for-each? - zapytał, a Śnieżka wytrzeszczyła na niego oczy. -
Sorry, informatyczny suchar, nie mogłem się powstrzymać. - Ziewnął szeroko. -
Co do naszych drogich dowódców, to ja tam już nie mam pomysłów. Byle nie
wchodzić pomiędzy nich, bo jakoś nie mam ochoty na kolejną karną wartę.
- Dobra, to
zmiataj już do spania, teraz ja będę tu kiblowała.
Przeciągnął się
i wyjątkowo przygładził sterczące na wszystkie strony włosy.
- No wiesz, jak
chcesz, mogę tu jeszcze z tobą zostać - zaoferował wspaniałomyślnie.
- Nie no… Tak
dla odmiany nie chcę cię torturować. Zresztą w razie gdybyś tutaj zasnął, to
podejrzewam, że bym cię nie wyniosła do sypialni.
- Ależ ja dla
ciebie wszystko, Śnieżynko. - Uśmiechnął się. - Poza tym, nie miałbym nic
przeciwko zaśnięciu przy tobie.
- Ta… nie
wątpię… - wydukała, patrząc w inną stronę. - Ale raczej cieplej by ci było we
własnym śpiworze.
Napalm już
otwierał usta, jednak nagle uznał, że może jednak woli nie obrywać z samego
rana. Uśmiechnął się więc tylko do własnych myśli.
- To miłego
stania - rzekł, odwracając się już w stronę zejścia. Zaraz jednak sobie o czymś
przypomniał i zawrócił. - A tak przy okazji, nie uważasz, że byłoby ci do
twarzy w sukni Elzy z „Krainy Lodu”?
Śnieżka chwilę
na niego patrzyła z otwartymi ustami, jednocześnie przypominając sobie ubiór
bohaterki.
- Której…? -
zapytała, marszcząc lekko brwi, jednak chyba już wiedziała, którą miał na
myśli. Tak w ogóle, co miał na myśli.
- No wiesz,
była taka srebrzystobłękitna. Ta sukienka, którą ci Speedy przyniosła też jest
ładna, ale się nie umywa. A tak się zgadało, że może konwencik sobie
zorganizować, to byś mogła mieć cosplay - zakończył, szczerząc zęby.
- Jesteś
stuknięty… Nawet nie wiem, co powiedzieć… Fetyszysta… - mówiła skołowana.
Odgarnęła włosy z twarzy. - Konwent, ok, ale LARPy to my w realu mamy… post-apo
jedno wielkie… ech… idź już lepiej. – Machnęła na niego ręką, kręcąc głową.
Napalm
roześmiał się, nawet nieprzejęty oskarżeniami.
- Dobra,
przynajmniej nie powiedziałaś „nie”. To na razie.
Zszedł z dachu,
nie dając dziewczynie szansy na komentarz. Złapał po drodze sucharka z kuchni,
po czym ruszył do sypialni, gdy reszta wychodziła właśnie przed budynek. Uznał,
że poradzą sobie bez niego, a on w tym czasie trochę się prześpi.
Drużyna akurat
zbierała się do siania. Przeszli za Novum w stronę dawnego parkingu pod
budynkiem Hydro i skręcili w lewo, na mały skwer, gdzie trawie udało się wzbić.
Straszyły tam rachityczne, suche, powykręcane drzewa, ale z nimi już nie
powinno być kłopotu. Obok stał w ruinie jakiś budynek.
- No… To
nasionka - powiedział Rambo, stając na trawniku i patrząc wyczekująco na Bryzę.
Dziewczyna
sięgnęła do zabranego plecaka, by wyjąć parę niewielkich opakowań z nasionami.
Miała tego jeszcze zapas, jednak na razie nie było co szaleć. Spojrzała na
instrukcje z tyłu.
- W sumie… to…
większość powinniśmy zasiać wcześniej - wyjaśniła cicho, jakby obawiała się, że
to znowu będzie jej wina - ale myślę, że można spróbować też teraz. Bo.. pogoda
i tak trochę wariuje… Więc… No… Spróbujmy to zasiać. Trzeba wykopać rowki, a
potem pilnować, by ptaki nie zżarły wrzuconych nasion… Chyba.
- Super!
Dostaniemy dwa w jednym. Śnieżka siedząca na dachu będzie zestrzeliwała ptaki
próbujące się dobrać do naszych nasionek, a my przy okazji zyskamy obiad,
dopóki nam coś nie wyrośnie - zapalił się Rambo.
Bryza miała
wrażenie, jakby trochę się wysilał na ten wesoły ton. Przynajmniej jej nie
objechał. Nie bardzo wiedząc, jak na to zareagować, przyklękła i zabrała się za
kopanie rowka saperką.
- Mam nadzieję,
że takiej głębokości jest ok - mruknęła niepewnie, gdy wstała, by przyjrzeć się
dziełu metrowej długości. - Przydałoby się też podzielić tę ziemię na części,
by potem wiedzieć, gdzie co jest.
- Och! Możemy
twórczo wykopać te rowki w kształty pierwszych liter danych warzył. Byłoby
cudnie - zawołała rozentuzjazmowana Elektra.
- Ja tam w
podstawówce robiłem tabliczki z patyczków do lodów. Na nich pisaliśmy nazwy -
odezwał się nagle Shiny. Patrzył na to wszystko z nieodgadnionym wyrazem
twarzy.
- Można zrobić
tabliczki - przyznała Speedy po krótkim namyśle - ale kształty swoją drogą.
Wyobraźcie sobie, jak patrzycie rano przez okno, a tu uśmiechnięta buźka z
marchewek. Fajnie, nie?
- Nie no…
ważne, aby starczyło miejsca. Ja się na tym nie znam, więc mówcie, gdzie kopać
- stwierdził Rambo, ponownie zaskakując resztę. - Poza tym, na razie możemy
powtykać w ziemię papierki po nasionach, aby, pamiętać co i jak. Potem się to
poprawi.
- Ja kiedyś
pomagałam na działce - odezwała się Speedy - i wydaje mi się, że wpierw
powinniśmy powyrywać trawę czy co tam rośnie, a zostawić samą ziemię. Potem
zrobimy rowki w kształcie emotikonek i będzie czadowo - zakończyła radośnie.
- Wyrywać…
ręcznie? - spytała Bryza.
- Tak! Można
sobie pomagać saperkami, jak kto potrzebuje.
- A… ok…
Bryza pierwsza
zabrała się za pozbywanie nieproszonych roślin, po czym reszta poszła za jej
przykładem. Trwało to długo, aż wszystkich rozbolały plecy. Męcząca praca
drażniła, a na dodatek zawiewał zimny wiatr. Kiedy w końcu mogli zabrać się za
sianie, zaczęli kopać tak, jak im Speedy przykazała. Na pierwszy ogień poszła
uśmiechnięta buźka z marchewek. Ledwie zaczęli siać, usłyszeli głos Śnieżki.
- Rambo, Bryza!
Jacyś ludzie idą! Ludzie, nie zombiaki - krzyczała, wyraźnie samej nie
dowierzając temu, co mówi.
Dowódcy
zaprzestali pracy. Rambo otrzepał dłonie i spojrzał na Bryzę.
- Chodź,
dowiemy się, czego chcą. A wy bądźcie w pogotowiu - zwrócił się do reszty i
ruszył do Novum.
Kobieta
pospieszyła za nim, wycierając dłonie w czarne spodnie. Skorzystali z głównego,
obecnie jedynego wejścia do Novum. Bryza bez słowa pobiegła po broń. Rambo
szybko przemył dłonie, wziął swoją strzelbę i wyszedł przed Novum zaraz za
swoją zastępczynią. Dwójka nieznajomych właśnie podchodziła pod budynek.
Z przodu szła
pewna siebie kobieta prawie dorównująca Rambo wzrostem. Nosiła rozpiętą,
wojskową kurtkę, pod którą widać było czarny top z dekoltem podkreślającym
spory biust. Jasne włosy miała obcięte na rekruta. Żadna broń nie rzucała się u
niej w oczy, co nie znaczyło, że jej nie ukrywała. Z kolei tuż za nią podążał
niepozorny mężczyzna z wiatrówką przewieszoną przez ramię.
- Witam w
naszych skromnych progach. - Rambo zrobił krok w ich stronę i uśmiechnął się
nieznacznie. - Co was tu sprowadza?
Wydawał się
rozluźniony, ale w razie czego był przygotowany do walki. Poza tym, na dachu
Novum mieli snajpera. Nic nie powinno pójść źle. Bryza stanęła po jego prawej
stronie, odrobinę z tyłu. Obserwowała uważnie obcych, lecz rozmowę wolała
pozostawić dowódcy.
Kobieta
zatrzymała się kilka kroków przed gospodarzami, a jej towarzysz natychmiast
zrobił to samo. Uśmiechnęła się w sposób, w jaki uśmiechają się seksowne
kobiety doskonale zdające sobie sprawę ze swoich atutów. Cóż, wyglądała nieźle.
Trochę jak Angelina Jolie w „Tomb Raiderze”, tylko że nie miała warkocza.
- Cześć -
odezwała się. - Miło ujrzeć ludzi. Długo już tu mieszkacie? Ciekawa miejscówa…
A, tak przy okazji, jestem Wiktoria.
Zdecydowanie
wyciągnęła dłoń w kierunku Rambo.
- Rambo -
przedstawił się pseudonimem, ściskając jej rękę. I tak od ponad roku tylko w
ten sposób się do niego odzywano. - W tym rejonie to już od jakiegoś roku.
Ciekawie
mierzył wzrokiem kobietę. Nie miał jednak zamiaru dać się wodzić za nos, bo
Wiktoria wyglądała, jakby uwodziła mężczyzn mimochodem.
- To jest
Marek. - Wskazała na swojego towarzysza, który wyraźnie stał w jej cieniu.
Mężczyzna jedynie skinął głową na powitanie, a Wiktoria skierowała wzrok na
Bryzę. - A ty…?
- Nazywam się
Bryza - odparła kobieta, starając się zachować obojętność, choć pewność siebie
Wiktorii działała jej na nerwy.
- Rambo i Bryza
- powtórzyła rozbawiona przybyła. - Kto jakie imiona lubi - zaśmiała się. -
Jesteście tutaj tylko we dwoje czy większą grupą?
- Wybacz, ale
to chyba niezbyt kulturalne, że tutaj przychodzicie, ot tak sobie i nagle
wypytujecie o wszystko - odparł Rambo, nie mając zamiaru powiedzieć o swojej
grupie nic, jeżeli Wiktoria dalej będzie się tak zachowywała.
- Spokojnie. -
Oparła ręce na biodrach. Tak, te też miała wyjątkowo kobiece, a Bryza już
czuła, że ją znienawidzi. - Nie mamy złych zamiarów, wręcz przeciwnie. Rozumiem
nieufność, ale nie przesadzajmy, wszyscy jesteśmy ludźmi. - Uśmiechnęła się
niewinnie. - Jestem zastępcą Lorda – Tutejsi unieśli brwi na to przezwisko -
dowódcy naszej grupy. Jak na razie, mieszkamy w śródmieściu i jest nieźle.
Szukamy kontaktów z innymi ocalałymi. Jeden z naszych dostrzegł tu niedawno
ludzi, więc postanowiliśmy to sprawdzić.
- A tutaj to ja
dowodzę. Bryza jest moją zastępczynią. Czemu szukacie innych? - zapytał,
mimowolnie prześlizgując wzrokiem po jej biodrach.
- O, ty tu
dowodzisz. - Spojrzała na niego wzrokiem pełnym podziwu, uśmiechając się znów
kokieteryjnie. Gdy Bryza zerknęła na minę swego dowódcy, stwierdziła, że
Wiktoria jest cholernie dobra w tym, co robi. - Znaczy jest was więcej -
domyśliła się. - Chcemy połączyć grupy, stworzyć jakąś… wspólnotę. Może z
czasem coś odbudować? Razem będziemy bezpieczni i skuteczniejsi.
- W sumie jest
to jakiś plan… Powinniśmy odbudować społeczeństwo… Dużo was w grupie? -
zapytał, starając się już nigdzie więcej nie przyglądać Wiktorii, tylko patrzył
jej w oczy, które zresztą też miała głębokie.
- Teraz będzie
chyba z ponad dwadzieścioro - odparła. - Niedawno przyłączyło się do na parę
osób z Chełmu. Jeżeli mielibyście ochotę, zapraszamy na zapoznawczą kolację.
Chętnie was ugościmy.
Rambo spojrzał
na Bryzę, zastanawiając się, czy włączy się do rozmowy. Jednak gdy spostrzegł
jej minę, wiedział już, żeby lepiej jej teraz nie prosić o powiedzenie własnego
zdania. Nie wyglądała, jakby pałała sympatią do Wiktorii.
- Eee… No
dobrze… Myślę, że możemy wpaść - zwrócił się do Wiktorii. - Chcecie, abym się
konkretnie zapowiedział na jakiś dzień, czy nie będzie problemu, jeżeli po
prostu wpadniemy w ciągu najbliższych kilku dni, tak bez zapowiedzi?
- Jeżeli się
zapowiecie, to przygotujemy coś specjalnego. - Kobieta uśmiechnęła się
zachęcająco. - Ale przymusu nie ma. Ucieszymy się także z niezapowiedzianej
wizyty, póki nie jesteście zieloni. Szukajcie nas w starym ratuszu.
Rambo kiwnął
głową i zastanowił się. Nazajutrz mieli wyruszać na ogródki działkowe po
sadzonki, więc spotkać się można potem. Nie chciał, aby to było od razu dzień
po wyprawie. Potem z kolei pewnie znowu będzie robota. Więc może za cztery
dni…? Choć jeżeli się rzeczywiście przyłączą, to sadzenie nie będzie miało
sensu.
- No dobra…
Będziemy za cztery dni w porze obiadowej - zdecydował w końcu.
Wiktoria
rozpromieniła się.
- Świetnie!
Lord na pewno także się ucieszy, mogąc was poznać. Jestem pewna, że się wszyscy
dogadamy. W końcu zostaliśmy ludźmi, więc powinniśmy trzymać się razem. -
Napotkała wzrok Bryzy bez krztyny sympatii, a potem zerknęła niżej na wciąż
trochę brudne dłonie dziewczyny. Uniosła brew, a Bryza zarumieniła się lekko. -
Cóż, pewnie jesteście zajęci. Wiem, jak jest. - Pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Także… do zobaczenia za cztery dni.
- Do zobaczenia
- odparł Rambo, mierząc na koniec wzrokiem Marka, który jak dotąd nie odezwał
się ani słowem.
Stał chwilę,
patrząc jak odchodzą. Przez moment nie odrywał spojrzenia od rozkołysanych
bioder Wiktorii, ale szybko potrząsnął głową. Wraz z Bryzą wrócili do Novum.
Tam czekała na nich cała reszta prócz Śnieżki wciąż sterczącej na warcie. Nawet
Napalm się zjawił, choć jeszcze śpiący.
- Za cztery dni
idziemy w gościnę do grupy ze śródmieścia - poinformował Rambo. - Chcą, abyśmy
się razem sprzymierzyli.
Wszyscy ze
zdumieniem i ekscytacją przyjęli tę wiadomość. Zobaczyć wreszcie inną grupę,
innych ludzi - to by było coś. Jedynie Bryza skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie ufam jej
- wypaliła, zanim sobie przypomniała, że miała przy Rambo siedzieć cicho.
- Ta…
Zauważyłem - mruknął mężczyzna pod nosem. - Choć trochę masz racji. W każdym
razie, rozumiem, o co chodzi. Na szczęście oprócz niej jest w tamtej drużynie
trochę więcej osób. Pozostaje jednak kwestia tego, kto idzie. Albo wszyscy,
albo jak zwykle kilka osób zostaje na warcie.
- Wszyscy? -
powtórzyła Bryza podirytowana spotkaniem z Wiktorią. - Zostawić Novum puste? I
pakować się całą grupą w łapy tamtych? Tak, to przynajmniej ktoś mógłby odbić
lub pomścić resztę…
- Nie no, nie
zakładaj, że wszystko, co się rusza, chce nas zarżnąć. - Rambo wywrócił oczami.
- Poza tym, im więcej osób, tym chyba lepiej… Tak uważam. Bo podejrzewam, że
każdy chciałby się przejść.
Patrząc na
resztę drużyny, nie dało się tego ukryć. Każdy chciałby zobaczyć, jak żyje inna
grupa i poznać nowych ludzi. Na razie pozostali nie zabierali głosu,
jedynie słuchając słów dowódców, przy czym niektórzy jakby obawiali się, czy
nie wybuchnie nowa awantura. Dyskusja przebiegała jednak nad wyraz spokojnie.
- Chyba masz
rację - przyznała Bryza. - Większa delegacja może też podziałać na naszą
korzyść, wydamy się silniejsi. Na szczęście nie powiedziałeś tej laluni -
Napalm podniósł głowę - ilu nas jest.
- Jakoś tak za
bardzo na to naciskała.
Naprawdę była
to przełomowa chwila. Rambo i Bryza się ze sobą zgadzali. Nie kłócili, nie
wytykali błędów, ale zgadzali.
- Dobra,
chodźmy dokończyć pracę w ogródku. - Dowódca westchnął. - Zaraz z Bryzą do was
dołączymy, tylko odłożymy broń.
Członkowie
drużyny wysypali się ponownie do ich „ogródka” z nadzieją, że gdy tylko przyjdą
dowódcy, będą mogli dokładniej wypytać ich o przybyszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz