Półtora roku temu wybuch Yellowstone spustoszył połowę Ameryki Północnej, a wulkaniczny pył osiadł także na całej półkuli północnej i pozostał w atmosferze niczym nieustające, ciemne chmury. Wybuch wzbudził również inne wulkany, a trzęsienia ziemi uszkodziły reaktory jądrowe.

Miliony, miliardy ludzi zginęło.

Wśród ocalałych pojawiła się nieznana choroba, która zmieniała ludzi w kanibali. Ich głód ludzkiego mięsa można porównać do wampirzego pragnienia znanego z książek.

Skażenie lub groza sytuacji obudziła u niektórych niewyjaśnione mutamoce.

Panuje półmrok spowodowany pyłem w atmosferze, ale w Europie z rzadka da się już dostrzec przebijające się z trudem promienie słońca. W zniszczonych, opustoszałych miastach trwa walka o przetrwanie.

Ogłoszenia

Pierwsze pięć rozdziałów zostało lekko edytowanych. Zmiany, jak uprzedzałyśmy, nie tyczą się głównej fabuły, tylko błędów stylistycznych oraz związanych z charakterami postaci. Nie ma potrzeby, by ci, którzy czytają na bieżąco, musieli wracać do tamtych rozdziałów, ale piszemy o fakcie zmiany dla zachowania porządku.

niedziela, 19 października 2014

Rozdział 15

Bez wstępów, miłej lektury ;)

Pod wieczór Rambo postanowił zorganizować wieczór filmowy, by rozluźnić atmosferę po dzisiejszej awanturze. Zebrali się więc w sypialni - obecnie ich największym pomieszczeniu - gdzie poprzynosili krzesła i stół, uprzednio złożywszy śpiwory pod ścianami.
Na dworze zmierzchało, więc pozapalali parę świeczek. Wreszcie odpalili laptopa i jak zwykle rozpoczęła się kłótnia o film. Tym razem wygrał „Matrix”. Kiedy wszyscy już się rozsiadali, Rambo spojrzał na Napalma.
- Twoje warta się zaczyna - przypomniał pozornie łagodnym głosem.
- Ale… teraz? - jęknął. - Oglądamy film!
- No taka była umowa… A wolisz wychodzić w środku? - zapytał.
- Ale… - Napalm westchnął ciężko z miną pełną bólu. - I wszystko za to, że jej nie powstrzymałem? - Zerknął Bryzę.
Bryza, która do tej pory cicho siedziała na nieco oddalonym krześle, podniosła wzrok.
- O co chodzi? - zapytała zdziwiona.
- O to, że muszę przez ciebie sterczeć na warcie przez pół nocy - wytknął jej zirytowany.
- Serio? - Kobieta pytająco spojrzała na Rambo.
- Ta. Uznałem, że Napalm zrobił najgorzej, puszczając cię samą. Tobie już nie wciskałem, bo trochę się wybroniłaś tymi nasionami - wytłumaczył.
- Ale to nie jego wina! - zaznaczyła szybko. - Próbował mnie powstrzymywać, naprawdę. Ja wezmę tę wartę, tylko ja zawiniłam.
- Trochę za szybko zmieniasz zdanie - burknął. - Może po prostu się umówcie razem, kto ile wartuje, będziecie mieli sprawiedliwie według siebie.
- Ok, mogę wziąć nawet całą noc, przeżyję, ale nie chcę, by Napalm przeze mnie cierpiał.
Sam zainteresowany w tym momencie poczuł już się głupio. Zmierzwił sobie włosy, spoglądając niepewnie na Bryzę.
- Nie, no dobra, trochę mi się należy… - przyznał z wahaniem. - Mogłem faktycznie cię związać czy coś… Postoję pół nocy. Serio - dodał, gdy Bryza już otwierała usta.
- Zgoda - rzekła po chwili - ale ja pójdę teraz, bo ty wolałbyś oglądać film - postanowiła. - Na razie.
Tym razem nie zapomniała ciepłej kurtki i poszła na dach zmienić Speedy. Gdy została sama, znowu pomyślała o przyszłości w tym zniszczonym świecie. Liczyła sobie dopiero dwadzieścia dwa lata, więc właściwie miała jeszcze czas, by założyć rodzinę i w ogóle… Ale jak tu znaleźć ukochanego? Jak urodzić dziecko? Jak je wychować w nieustannym strachu o przetrwanie? Faceci pewnie nie zrozumieją tego wszystkiego. Oni mają okazję do wykazania się oraz powalczenia, więc jest super. A dziewczyny…? One prawdopodobnie nawet sobie jeszcze nie uświadomiły prawdy, a Bryza nie zamierzała zmieniać tego stanu. Rambo miał trochę racji… Trzeba po prostu żyć dalej… Niczego nie da się zmienić. Powinna zapomnieć o sprawie, skoro i tak nie da rady nic z nią zrobić.

*

Gdy rano Rambo wstał, ujrzał, że Speedy i Bryza musiały przesunąć swoje śpiwory bliżej siebie, a ruda trzymała dłoń przyjaciółki. Zaraz jednak inni również zaczęli się budzić, przy czym zapanował ogólny rozgardiasz. Na razie musiał jednak zignorować dziewczyny, choć i tak Bryza ostatnio nie dawała mu spokoju, także w myślach. Nie miał pojęcia, czemu jest aż tak smutna. Chciałby coś na to poradzić, ale nie wiedział jak.
Widząc, że wszyscy już są na nogach, zamachał rękami, aby zwrócić na siebie uwagę.
- Hej, załogo, plan jest taki: dzisiaj sadzimy nasionka przyniesione przez Bryzę, a jutro, tak wstępnie, idziemy po sadzonki na ogródki działkowe. Drogę będziemy mięli długą, bo trzeba się będzie ruszyć na drugą stronę Gdańska, ale musimy myśleć o przyszłości. Jutro pójdzie cała drużyna uderzeniowa, jak coś. Jakieś pytania, obiekcje?
- Myślałam, że… - odezwała się ledwie słyszalnie Bryza. - Że lepiej, by ktoś dobrze walczący zostawał w bazie na wypadek ataku… Bo… wtedy… wtedy wszyscy byliśmy poza i…
Zamilkła, patrząc gdzieś w bok. Rambo także przez moment w ciszy wbijał wzrok w podłogę.
- No… Prawda. I na wycieczkę potrzebujemy ludzi, i do zostania w bazie. Elektra i Shiny zostają, to jasne… Co najmniej jedna osoba jeszcze by się przydała. - Chwilę obserwował wszystkich, próbując określić, kto bardziej się przyda w plenerze, a kto mniej. - Może Śnieżka zostanie, co? W plenerze niekoniecznie snajper się przyda… Jak myślisz? - Na powrót spojrzał na Bryzę.
Zerknęła na niego krótko.
- Jak uważasz - odparła.
- Pytam się ciebie jako zastępcy - powiedział zirytowany.
- W sumie, to chciałeś zastępcy nie doradcy - stwierdziła spokojnie, podnosząc na niego wzrok. - Ale ok, z nas wszystkich Śnieżka faktycznie powinna sobie najlepiej poradzić z inwazją zombiaków na Novum.
I znowu wszyscy wokół wpatrywali się w tę dwójkę z napięciem. Rambo jednak nie chciał się znowu kłócić, więc tylko zacisnął usta.
- Dobra, Śnieżka zostaje. Ale spokojnie, to dopiero jutro. Teraz sio na śniadanie. Niech następny zmieni Napalma po jedzeniu.
Wszyscy pokiwali głowami i ruszyli na trzecie piętro, do kuchni. Po skończonym posiłku Śnieżka poszła zmienić Napalma po nocnej warcie.
- Możesz już iść jeść. Tylko uważaj, bo sytuacja dalej napięta - odezwała się do niego.
- Oni sobie kiedyś krzywdę zrobią - westchnął z rozbawieniem widocznym nawet na jego zmęczonej twarzy. - Załatwmy im jakiś ring czy coś. Może, jak raz się potłuką, to im przejdzie.
- Coś ty… Bryza od czasu do czasu wygląda, jakby się miała zaraz rozpłakać, a Rambo to już zupełnie sobie z tym nie radzi, więc robi to, co zwykle. I wszystko zapętla się bardziej.
- Ale w pętli for, while czy for-each? - zapytał, a Śnieżka wytrzeszczyła na niego oczy. - Sorry, informatyczny suchar, nie mogłem się powstrzymać. - Ziewnął szeroko. - Co do naszych drogich dowódców, to ja tam już nie mam pomysłów. Byle nie wchodzić pomiędzy nich, bo jakoś nie mam ochoty na kolejną karną wartę.
- Dobra, to zmiataj już do spania, teraz ja będę tu kiblowała.
Przeciągnął się i wyjątkowo przygładził sterczące na wszystkie strony włosy.
- No wiesz, jak chcesz, mogę tu jeszcze z tobą zostać - zaoferował wspaniałomyślnie.
- Nie no… Tak dla odmiany nie chcę cię torturować. Zresztą w razie gdybyś tutaj zasnął, to podejrzewam, że bym cię nie wyniosła do sypialni.
- Ależ ja dla ciebie wszystko, Śnieżynko. - Uśmiechnął się. - Poza tym, nie miałbym nic przeciwko zaśnięciu przy tobie.
- Ta… nie wątpię… - wydukała, patrząc w inną stronę. - Ale raczej cieplej by ci było we własnym śpiworze.
Napalm już otwierał usta, jednak nagle uznał, że może jednak woli nie obrywać z samego rana. Uśmiechnął się więc tylko do własnych myśli.
- To miłego stania - rzekł, odwracając się już w stronę zejścia. Zaraz jednak sobie o czymś przypomniał i zawrócił. - A tak przy okazji, nie uważasz, że byłoby ci do twarzy w sukni Elzy z „Krainy Lodu”?
Śnieżka chwilę na niego patrzyła z otwartymi ustami, jednocześnie przypominając sobie ubiór bohaterki.
- Której…? - zapytała, marszcząc lekko brwi, jednak chyba już wiedziała, którą miał na myśli. Tak w ogóle, co miał na myśli.
- No wiesz, była taka srebrzystobłękitna. Ta sukienka, którą ci Speedy przyniosła też jest ładna, ale się nie umywa. A tak się zgadało, że może konwencik sobie zorganizować, to byś mogła mieć cosplay - zakończył, szczerząc zęby.
- Jesteś stuknięty… Nawet nie wiem, co powiedzieć… Fetyszysta… - mówiła skołowana. Odgarnęła włosy z twarzy. - Konwent, ok, ale LARPy to my w realu mamy… post-apo jedno wielkie… ech… idź już lepiej. – Machnęła na niego ręką, kręcąc głową.
Napalm roześmiał się, nawet nieprzejęty oskarżeniami.
- Dobra, przynajmniej nie powiedziałaś „nie”. To na razie.
Zszedł z dachu, nie dając dziewczynie szansy na komentarz. Złapał po drodze sucharka z kuchni, po czym ruszył do sypialni, gdy reszta wychodziła właśnie przed budynek. Uznał, że poradzą sobie bez niego, a on w tym czasie trochę się prześpi.
Drużyna akurat zbierała się do siania. Przeszli za Novum w stronę dawnego parkingu pod budynkiem Hydro i skręcili w lewo, na mały skwer, gdzie trawie udało się wzbić. Straszyły tam rachityczne, suche, powykręcane drzewa, ale z nimi już nie powinno być kłopotu. Obok stał w ruinie jakiś budynek.
- No… To nasionka - powiedział Rambo, stając na trawniku i patrząc wyczekująco na Bryzę.
Dziewczyna sięgnęła do zabranego plecaka, by wyjąć parę niewielkich opakowań z nasionami. Miała tego jeszcze zapas, jednak na razie nie było co szaleć. Spojrzała na instrukcje z tyłu.
- W sumie… to… większość powinniśmy zasiać wcześniej - wyjaśniła cicho, jakby obawiała się, że to znowu będzie jej wina - ale myślę, że można spróbować też teraz. Bo.. pogoda i tak trochę wariuje… Więc… No… Spróbujmy to zasiać. Trzeba wykopać rowki, a potem pilnować, by ptaki nie zżarły wrzuconych nasion… Chyba.
- Super! Dostaniemy dwa w jednym. Śnieżka siedząca na dachu będzie zestrzeliwała ptaki próbujące się dobrać do naszych nasionek, a my przy okazji zyskamy obiad, dopóki nam coś nie wyrośnie - zapalił się Rambo.
Bryza miała wrażenie, jakby trochę się wysilał na ten wesoły ton. Przynajmniej jej nie objechał. Nie bardzo wiedząc, jak na to zareagować, przyklękła i zabrała się za kopanie rowka saperką.
- Mam nadzieję, że takiej głębokości jest ok - mruknęła niepewnie, gdy wstała, by przyjrzeć się dziełu metrowej długości. - Przydałoby się też podzielić tę ziemię na części, by potem wiedzieć, gdzie co jest.
- Och! Możemy twórczo wykopać te rowki w kształty pierwszych liter danych warzył. Byłoby cudnie - zawołała rozentuzjazmowana Elektra.
- Ja tam w podstawówce robiłem tabliczki z patyczków do lodów. Na nich pisaliśmy nazwy - odezwał się nagle Shiny. Patrzył na to wszystko z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Można zrobić tabliczki - przyznała Speedy po krótkim namyśle - ale kształty swoją drogą. Wyobraźcie sobie, jak patrzycie rano przez okno, a tu uśmiechnięta buźka z marchewek. Fajnie, nie?
- Nie no… ważne, aby starczyło miejsca. Ja się na tym nie znam, więc mówcie, gdzie kopać - stwierdził Rambo, ponownie zaskakując resztę. - Poza tym, na razie możemy powtykać w ziemię papierki po nasionach, aby, pamiętać co i jak. Potem się to poprawi.
- Ja kiedyś pomagałam na działce - odezwała się Speedy - i wydaje mi się, że wpierw powinniśmy powyrywać trawę czy co tam rośnie, a zostawić samą ziemię. Potem zrobimy rowki w kształcie emotikonek i będzie czadowo - zakończyła radośnie.
- Wyrywać… ręcznie? - spytała Bryza.
- Tak! Można sobie pomagać saperkami, jak kto potrzebuje.
- A… ok…
Bryza pierwsza zabrała się za pozbywanie nieproszonych roślin, po czym reszta poszła za jej przykładem. Trwało to długo, aż wszystkich rozbolały plecy. Męcząca praca drażniła, a na dodatek zawiewał zimny wiatr. Kiedy w końcu mogli zabrać się za sianie, zaczęli kopać tak, jak im Speedy przykazała. Na pierwszy ogień poszła uśmiechnięta buźka z marchewek. Ledwie zaczęli siać, usłyszeli głos Śnieżki.
- Rambo, Bryza! Jacyś ludzie idą! Ludzie, nie zombiaki - krzyczała, wyraźnie samej nie dowierzając temu, co mówi.
Dowódcy zaprzestali pracy. Rambo otrzepał dłonie i spojrzał na Bryzę.
- Chodź, dowiemy się, czego chcą. A wy bądźcie w pogotowiu - zwrócił się do reszty i ruszył do Novum.
Kobieta pospieszyła za nim, wycierając dłonie w czarne spodnie. Skorzystali z głównego, obecnie jedynego wejścia do Novum. Bryza bez słowa pobiegła po broń. Rambo szybko przemył dłonie, wziął swoją strzelbę i wyszedł przed Novum zaraz za swoją zastępczynią. Dwójka nieznajomych właśnie podchodziła pod budynek.
Z przodu szła pewna siebie kobieta prawie dorównująca Rambo wzrostem. Nosiła rozpiętą, wojskową kurtkę, pod którą widać było czarny top z dekoltem podkreślającym spory biust. Jasne włosy miała obcięte na rekruta. Żadna broń nie rzucała się u niej w oczy, co nie znaczyło, że jej nie ukrywała. Z kolei tuż za nią podążał niepozorny mężczyzna z wiatrówką przewieszoną przez ramię.
- Witam w naszych skromnych progach. - Rambo zrobił krok w ich stronę i uśmiechnął się nieznacznie. - Co was tu sprowadza?
Wydawał się rozluźniony, ale w razie czego był przygotowany do walki. Poza tym, na dachu Novum mieli snajpera. Nic nie powinno pójść źle. Bryza stanęła po jego prawej stronie, odrobinę z tyłu. Obserwowała uważnie obcych, lecz rozmowę wolała pozostawić dowódcy.
Kobieta zatrzymała się kilka kroków przed gospodarzami, a jej towarzysz natychmiast zrobił to samo. Uśmiechnęła się w sposób, w jaki uśmiechają się seksowne kobiety doskonale zdające sobie sprawę ze swoich atutów. Cóż, wyglądała nieźle. Trochę jak Angelina Jolie w „Tomb Raiderze”, tylko że nie miała warkocza.
- Cześć - odezwała się. - Miło ujrzeć ludzi. Długo już tu mieszkacie? Ciekawa miejscówa… A, tak przy okazji, jestem Wiktoria.
Zdecydowanie wyciągnęła dłoń w kierunku Rambo.
- Rambo - przedstawił się pseudonimem, ściskając jej rękę. I tak od ponad roku tylko w ten sposób się do niego odzywano. - W tym rejonie to już od jakiegoś roku.
Ciekawie mierzył wzrokiem kobietę. Nie miał jednak zamiaru dać się wodzić za nos, bo Wiktoria wyglądała, jakby uwodziła mężczyzn mimochodem.
- To jest Marek. - Wskazała na swojego towarzysza, który wyraźnie stał w jej cieniu. Mężczyzna jedynie skinął głową na powitanie, a Wiktoria skierowała wzrok na Bryzę. - A ty…?
- Nazywam się Bryza - odparła kobieta, starając się zachować obojętność, choć pewność siebie Wiktorii działała jej na nerwy.
- Rambo i Bryza - powtórzyła rozbawiona przybyła. - Kto jakie imiona lubi - zaśmiała się. - Jesteście tutaj tylko we dwoje czy większą grupą?
- Wybacz, ale to chyba niezbyt kulturalne, że tutaj przychodzicie, ot tak sobie i nagle wypytujecie o wszystko - odparł Rambo, nie mając zamiaru powiedzieć o swojej grupie nic, jeżeli Wiktoria dalej będzie się tak zachowywała.
- Spokojnie. - Oparła ręce na biodrach. Tak, te też miała wyjątkowo kobiece, a Bryza już czuła, że ją znienawidzi. - Nie mamy złych zamiarów, wręcz przeciwnie. Rozumiem nieufność, ale nie przesadzajmy, wszyscy jesteśmy ludźmi. - Uśmiechnęła się niewinnie. - Jestem zastępcą Lorda – Tutejsi unieśli brwi na to przezwisko - dowódcy naszej grupy. Jak na razie, mieszkamy w śródmieściu i jest nieźle. Szukamy kontaktów z innymi ocalałymi. Jeden z naszych dostrzegł tu niedawno ludzi, więc postanowiliśmy to sprawdzić.
- A tutaj to ja dowodzę. Bryza jest moją zastępczynią. Czemu szukacie innych? - zapytał, mimowolnie prześlizgując wzrokiem po jej biodrach.
- O, ty tu dowodzisz. - Spojrzała na niego wzrokiem pełnym podziwu, uśmiechając się znów kokieteryjnie. Gdy Bryza zerknęła na minę swego dowódcy, stwierdziła, że Wiktoria jest cholernie dobra w tym, co robi. - Znaczy jest was więcej - domyśliła się. - Chcemy połączyć grupy, stworzyć jakąś… wspólnotę. Może z czasem coś odbudować? Razem będziemy bezpieczni i skuteczniejsi.
- W sumie jest to jakiś plan… Powinniśmy odbudować społeczeństwo… Dużo was w grupie? - zapytał, starając się już nigdzie więcej nie przyglądać Wiktorii, tylko patrzył jej w oczy, które zresztą też miała głębokie.
- Teraz będzie chyba z ponad dwadzieścioro - odparła. - Niedawno przyłączyło się do na parę osób z Chełmu. Jeżeli mielibyście ochotę, zapraszamy na zapoznawczą kolację. Chętnie was ugościmy.
Rambo spojrzał na Bryzę, zastanawiając się, czy włączy się do rozmowy. Jednak gdy spostrzegł jej minę, wiedział już, żeby lepiej jej teraz nie prosić o powiedzenie własnego zdania. Nie wyglądała, jakby pałała sympatią do Wiktorii.
- Eee… No dobrze… Myślę, że możemy wpaść - zwrócił się do Wiktorii. - Chcecie, abym się konkretnie zapowiedział na jakiś dzień, czy nie będzie problemu, jeżeli po prostu wpadniemy w ciągu najbliższych kilku dni, tak bez zapowiedzi?
- Jeżeli się zapowiecie, to przygotujemy coś specjalnego. - Kobieta uśmiechnęła się zachęcająco. - Ale przymusu nie ma. Ucieszymy się także z niezapowiedzianej wizyty, póki nie jesteście zieloni. Szukajcie nas w starym ratuszu.
Rambo kiwnął głową i zastanowił się. Nazajutrz mieli wyruszać na ogródki działkowe po sadzonki, więc spotkać się można potem. Nie chciał, aby to było od razu dzień po wyprawie. Potem z kolei pewnie znowu będzie robota. Więc może za cztery dni…? Choć jeżeli się rzeczywiście przyłączą, to sadzenie nie będzie miało sensu.
- No dobra… Będziemy za cztery dni w porze obiadowej - zdecydował w końcu.
Wiktoria rozpromieniła się.
- Świetnie! Lord na pewno także się ucieszy, mogąc was poznać. Jestem pewna, że się wszyscy dogadamy. W końcu zostaliśmy ludźmi, więc powinniśmy trzymać się razem. - Napotkała wzrok Bryzy bez krztyny sympatii, a potem zerknęła niżej na wciąż trochę brudne dłonie dziewczyny. Uniosła brew, a Bryza zarumieniła się lekko. - Cóż, pewnie jesteście zajęci. Wiem, jak jest. - Pokiwała głową ze zrozumieniem. - Także… do zobaczenia za cztery dni.
- Do zobaczenia - odparł Rambo, mierząc na koniec wzrokiem Marka, który jak dotąd nie odezwał się ani słowem.
Stał chwilę, patrząc jak odchodzą. Przez moment nie odrywał spojrzenia od rozkołysanych bioder Wiktorii, ale szybko potrząsnął głową. Wraz z Bryzą wrócili do Novum. Tam czekała na nich cała reszta prócz Śnieżki wciąż sterczącej na warcie. Nawet Napalm się zjawił, choć jeszcze śpiący.
- Za cztery dni idziemy w gościnę do grupy ze śródmieścia - poinformował Rambo. - Chcą, abyśmy się razem sprzymierzyli.
Wszyscy ze zdumieniem i ekscytacją przyjęli tę wiadomość. Zobaczyć wreszcie inną grupę, innych ludzi - to by było coś. Jedynie Bryza skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie ufam jej - wypaliła, zanim sobie przypomniała, że miała przy Rambo siedzieć cicho.
- Ta… Zauważyłem - mruknął mężczyzna pod nosem. - Choć trochę masz racji. W każdym razie, rozumiem, o co chodzi. Na szczęście oprócz niej jest w tamtej drużynie trochę więcej osób. Pozostaje jednak kwestia tego, kto idzie. Albo wszyscy, albo jak zwykle kilka osób zostaje na warcie.
- Wszyscy? - powtórzyła Bryza podirytowana spotkaniem z Wiktorią. - Zostawić Novum puste? I pakować się całą grupą w łapy tamtych? Tak, to przynajmniej ktoś mógłby odbić lub pomścić resztę…
- Nie no, nie zakładaj, że wszystko, co się rusza, chce nas zarżnąć. - Rambo wywrócił oczami. - Poza tym, im więcej osób, tym chyba lepiej… Tak uważam. Bo podejrzewam, że każdy chciałby się przejść.
Patrząc na resztę drużyny, nie dało się tego ukryć. Każdy chciałby zobaczyć, jak żyje inna grupa i poznać nowych ludzi. Na razie pozostali nie zabierali głosu, jedynie słuchając słów dowódców, przy czym niektórzy jakby obawiali się, czy nie wybuchnie nowa awantura. Dyskusja przebiegała jednak nad wyraz spokojnie.
- Chyba masz rację - przyznała Bryza. - Większa delegacja może też podziałać na naszą korzyść, wydamy się silniejsi. Na szczęście nie powiedziałeś tej laluni - Napalm podniósł głowę - ilu nas jest.
- Jakoś tak za bardzo na to naciskała.
Naprawdę była to przełomowa chwila. Rambo i Bryza się ze sobą zgadzali. Nie kłócili, nie wytykali błędów, ale zgadzali.
- Dobra, chodźmy dokończyć pracę w ogródku. - Dowódca westchnął. - Zaraz z Bryzą do was dołączymy, tylko odłożymy broń.
Członkowie drużyny wysypali się ponownie do ich „ogródka” z nadzieją, że gdy tylko przyjdą dowódcy, będą mogli dokładniej wypytać ich o przybyszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz