Hej ;) Co by znowu nie mieć opóźnienia, rozdział wstawiamy dzisiaj, bo jutro jedziemy na Tetcon. W związku z tym, że jest piątek wieczór, jakoś tak brak nam pomysłów na coś ambitnego do powiedzenie (napisania). Także:
Zapraszamy do czytania! :)
(i komentowania, rzecz jasna, choć na to już trochę straciłyśmy nadzieję... ;P)
Ledwie Rambo,
Speedy i Napalm minęli próg Novum, gdy dostrzegli Bryzę nadchodzącą od strony
głównej bramy do politechniki. Kobieta, nie widząc zagrożenia, pomachała do
nich z uśmiechem. Wyglądała normalnie za wyjątkiem czerwonego otarcia na
policzku i drobnego zranienia na wierzchu dłoni.
Rambo zacisnął
zęby, wcisnął Napalmowi w ręce swoją strzelbę i ruszył ze wściekłą miną w
stronę Bryzy. Kiedy był już dziesięć metrów od niej, krzyknął:
- Co tobie odpaliło w
tej porąbanej głowie, idiotko?!
Uśmiech Bryzy z miejsca
ustąpił bojowemu wyrazowi twarzy. Speedy z Napalmem postanowili subtelnie
wycofać się do Novum.
- O co ci znowu chodzi?
- spytała w miarę spokojnie.
- Nikt nigdy, przenigdy
nie ma prawa samemu wychodzić na miasto i ty dobrze o tym wiesz - warknął do
Bryzy, gdy już stanął naprzeciwko niej. W tym momencie wyglądał naprawdę
groźnie: wściekły, górujący nad nią wzrostem, z dzikim spojrzeniem, ze
zmierzwionymi włosami i brodą jak jakiś szalony drwal.
- Nic się przecież nie
stało, nie przesadzaj. - Przewróciła oczami. - Po ataku na Oio poszłam sama
sprawdzić, czy Novum jest czyste i co? Jakoś żyję. Teraz też żyję. Potrafię
sobie poradzić. Zresztą, nie miałam większych problemów.
- I ty naprawdę jesteś
na tyle naiwna, że uważasz, że tak zawsze będzie? Wybrałem cię drugim dowódcą,
bo myślałem, że jesteś ogarnięta i zwracasz uwagę na bezpieczeństwo. Nigdy bym
się nie spodziewał, że będziesz chodziła sama, gdzie ci się tylko podoba!
Zabraniam ci tak robić kiedykolwiek później! - zakończył.
- Odczep się ode mnie,
dobra? - wycedziła. - Ciągle mi się obrywa! Mam już tego dosyć! Próbuję coś
ogarnąć, ale nie, zawsze jestem winna! Cokolwiek zrobię, jest źle.
- Zapewniam cię, że
obrywa ci się tylko za to, co naprawdę robisz źle. A widzę, że od czasu objęcia
stanowiska, coraz częściej robisz głupoty i olewasz zasady - burknął.
- Świetnie - prychnęła.
- To pozbaw mnie tego „stanowiska”, skoro jestem taka głupia. A tak się składa,
że robię to wszystko dla drużyny, nie dla siebie, ale co cię to obchodzi?! Może
po prostu przestań się mną martwić i będzie spokój, jak zombiaki mnie zeżrą.
Wybacz, że musisz się ze mną męczyć!
Zanim Rambo zareagował,
wyminęła go i podbiegła do Novum. Po drodze przemknęła koło Speedy oraz
Napalma, którzy podsłuchiwali rozmowę, co nie należało do szczególnie trudnych
zadań. Bryza kilkoma susami weszła na drugie piętro, gdzie z wściekłością
rzuciła plecak w stronę sypialni. Następnie zamknęła się w łazience. Woda z
kranu, co prawda nie leciała, ale trzymali tam część baniaków.
Kobieta umyła brudne
ręce, a potem oczyściła zranienie na dłoni oraz otarcie na policzku. Przez
gniew szorowała tak mocno, że aż bolało, lecz prawie tego nie czuła. Dlaczego
Rambo zawsze musiał się jej czepiać? Zawsze coś robiła źle. Mogłaby po prostu
stąd odejść, olać to wszystko… Nie, nie mogłaby. Nie wyobrażała sobie życia w
pojedynkę. Zresztą długo by nie pożyła. I w sumie, teraz też mogła zginąć…
Kiedy poślizgnęła się na gruzie, gdyby chociażby skręciła sobie nogę, jak dotarłaby
z powrotem…? Albo gorzej, gdyby straciła przytomność?
Oparła się o ścianę,
zaciskając zęby. Dlaczego, do tego wszystkiego, Rambo musiał mieć trochę racji?
Obmyła sobie twarz i otarła rękawem. Może faktycznie przegięła? Rano to nie
wydawało się niebezpieczne. Rano sądziła, że to świetne rozwiązanie: wróci,
pochwali się swoim pomysłem…
Myśl, że musi
przeprosić Rambo, doprowadzała ją do szału, ale coraz bardziej dochodziła do
wniosku, że musi to zrobić. W końcu zasadę chodzenia w co najmniej dwie osoby
nie wymyślili bez powodu… Tyle tylko, że Rambo wkurzał się na nią, że złamała
tę zasadę, a mniej dlatego, że mogło jej się coś stać. Zupełnie, jakby go to
mało obchodziło. Prychnęła. No pewnie, pan-wielki-dowódca po prostuje
potrzebuje żołnierzy, więc nie może sobie pozwolić na ich stratę. Tylko to się
dla niego liczyło.
Odetchnęła głęboko, po
czym opuściła łazienkę. Nagle zauważyła, że naprzeciw drzwi stoi Rambo. Ze
skrzyżowanymi ramionami opierał się o ścianę i wyraźnie czekał, aż wyjdzie.
Kobieta przez chwilę zawahała się - czy aby nie byłoby bezpieczniej wrócić do
tego małego, ciasnego, ciemnego pomieszczenia i nie zamknąć się w nim? Ale nie
mogła, nie teraz.
- I co? Dalej uważasz,
że to wszystko było bezpieczne? - zapytał ją niskim głosem, jakby był gotowy
znowu na nią krzyknąć.
Zanim odpowiedziała,
policzyła w myślach do dziesięciu, by znowu się nie wściec. Nienawidziła tego
faceta, po prostu go nienawidziła.
- Nie, nie było, ale
przynajmniej mogłam się na coś przydać. Wasza wycieczka na polowanie też nie
była bezpieczna - rzekła opanowanie. - Przepraszam, że złamałam reguły.
Ostatnie słowa wiele ją
kosztowały, lecz zdołała je z siebie wydusić. Skierowała się do sypialni,
zamierzając po prostu przejść obok Rambo i zakończyć rozmowę. Dziwne, że nikogo
nie było w pokoju, jednak pozostali członkowie drużyny woleli najwyraźniej
trzymać się chwilowo na dystans. Niespodziewanie, kiedy przechodziła obok
mężczyzny, ten złapał ją za ramię. Wyraźnie próbował się opanować, jednak znowu
puściły mu nerwy.
- Czy ty naprawdę nie
potrafisz zrozumieć, że to wszystko dla bezpieczeństwa, te całe reguły?! Ja
poszedłem do lasu ze Speedy i Śnieżką, a ty całkiem sama wyszłaś sobie na
miasto. Jak tylko wróciłem i dowiedziałem się, że ot tak sobie wybyłaś, właśnie
wychodziliśmy, żeby cię szukać. Czy ty to w końcu zrozumiesz?!
Patrzyła mu w oczy,
znowu coraz bardziej wściekła. Wyrwała rękę z uścisku mężczyzny i go
odepchnęła.
- Nie musieliście mnie
szukać. Jak widzisz, nic mi nie jest - przypomniała. Zmusiła się do większego
spokoju. - Tak, rozumiem, że zasady są dla bezpieczeństwa drużyny. I tak, nie
będę ich już łamać. Zadowolony?
- Tak, zadowolony -
warknął. - Choć przydałoby się, abyś o takich rzeczach myślała wcześniej. Bo
głupio by było, gdyby dopadła cię jakaś sfora zmutowanych psów, jakbyś była
sama. A my nie jesteśmy jasnowidze, aby ruszyć ci na ratunek w odpowiednim
momencie.
- Nie
potrzebuję ratunku - przerwała mu. - Wyszłam na własne ryzyko, więc najwyżej
sama bym za to zapłaciła. A dla was byłoby co najwyżej „głupio”. Mogę już iść?
Rambo prychnął.
Spojrzał na chwilę w sufit, próbując się uspokoić, po czym znowu utkwił wzrok w
jej oczach.
- Czy ty dalej
nie potrafisz zrozumieć, że się o ciebie martwiliśmy? Nie, nie byłoby tylko
głupio. Ty jesteś głupia. Jesteśmy dla siebie wszyscy razem jak rodzina, jak
możesz mówić w ogóle takie rzeczy?
Spuściła wzrok.
Przypomniała sobie, jak o tym, że są dla siebie rodziną, sama mu mówiła, gdy
próbowała go wyciągnąć z audytorium. Przygryzła wargę. Gdyby ktoś inny,
chociażby Speedy, wybrał się sam na miasto, Bryza bez wątpienia by na niego
nawrzeszczała za głupotę. A robiła dokładnie to samo…
- Ok, rozumiem,
przepraszam - powiedziała cicho, patrząc w podłogę.
- Nie rób tak więcej -
mruknął na koniec i odszedł na trzecie piętro, do kuchni.
Kiedy się tam zjawił,
ujrzał wlepione w siebie spojrzenia Napalma, Speedy, Śnieżki i Elektry. Chwilę
tak trwali, po czym zaczęli udawać, że robią całkiem co innego: Elektra ze
Śnieżką przyprawiały mięso, a Speedy oraz Napalm myli brudne naczynia
nagromadzone przez parę dni. Rambo poszedł nalać sobie wody i wypił jednym
haustem. Po tym zabrał swoją strzelbę i poszedł na dach. W zamian za niego
wrócił Shiny.
Na drugim piętrze Bryza
weszła do sypialni i z frustracją kopnęła swój plecak, który wcześniej po
rzucie zatrzymał się zaraz za progiem. Opadłszy na śpiwór, skuliła się w
kłębek. Przeklinała siebie za to, że znowu zbiera jej się na płacz, lecz
zdołała szybko się opanować. Przetarła twarz i usiadła ze skrzyżowanymi nogami.
Sięgnęła po plecak. Kiedy rozpięła zamek, zauważyła, że jej zdobycze nadal są
na swoim miejscu, a brutalne traktowanie raczej im nie zaszkodziło. Zaczęła
zdejmować z siebie całe uzbrojenie, by zająć czymś ręce. Odłożyła je na stosik,
który zamierzała potem zanieść do zbrojowni, ale nie teraz. Nie miała ochoty
natknąć się przy tym na kogokolwiek. Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy.
Po chwili do
sypialni wszedł Shiny. Spojrzał na nią, kiedy przechodził obok w stronę swojego
śpiwora, na którym ostatecznie się położył.
- Wkurzył się,
nie? - zagadnął cicho. - Kiedyś to szedł mnie pilnować, nawet jak chciałem iść
za krzaczek…
Bryza uniosła
powieki i odwróciła głowę w stronę kolegi.
- Nie mam
wrażenia, że mnie pilnuje - mruknęła. - Mam wrażenie, że po prostu chce mnie
kontrolować. A nie tak dawno sam mówił, bym nie dała się nikomu zniewolić - prychnęła.
- A gdy tylko mu się sprzeciwiam albo nie robię czegoś tak, jak on chce, od
razu jest źle. Ostatnio wszystko, co robię, jest źle.
- Ja tam nie
wiem, co jest źle - odparł. - Wiem tylko, że on się serio wszystkim martwi. I
trochę mu od tego odbija. Kitty nigdzie nie wypuszczał. Mnie też trzymał jak w
klatce, ażebym sobie niczego nie zrobił. O każdego się boi. A tobie się
dostaje, bo masz trochę więcej własnej inicjatywy. - Chłopak wzruszył
ramionami.
- Nie wiem -
westchnęła, pocierając skroń. - Ostatnio zdaje mi się, jakbym go co chwilę
wkurzała. Jakby każdy mój pomysł był beznadziejny. Zrobił mnie zastępczynią, a
i tak się na mnie wydziera. Jest zadowolony, póki wykonuję jego zadania i nie
myślę samodzielnie. Ja już nie wiem… Kiedyś, właściwie to niedawno -
uzmysłowiła sobie ze zdziwieniem - powiedziałam mu, że jak chce, to mogę
wykonywać tylko jego rozkazy, a on na to, że bez przesady, że powinnam myśleć
sama i w ogóle. I co? I tylko się przez to wścieka.
- Ojej,
marudzisz - westchnął Shiny i dalej ciągnął swoim beznamiętnym głosem: - To mu
to powiedz. Wprost.
- Nie, mam
dosyć, gardło można zedrzeć. Dzięki za… - zawahała się na moment - rozmowę.
Wstała
zdecydowanie, przeszła przez pokój i otworzyła okno. Usiadła na parapecie,
opierając się o ramę tak, że nie mogła spaść. Stąd nie było takiego widoku jak
z Oio, ale gdzieś pomiędzy ruinami innych budynków dostrzegła las. Szkoda, że
nie poszła dzisiaj z nimi na polowanie. Mogłaby zobaczyć coś ciekawszego od
zniszczonego miasta.
*
Później wszyscy
oprócz Rambo, który dalej tkwił na warcie, usiedli do obiadu. Elektra wykazała
się niesamowitą kreatywnością, robiąc z gołębi grzywaczy i jednego dzięcioła…
gołąbki. Nawet kapusta się do tego znalazła. Co prawda już trochę zwiędła od
czasu przyniesienia, ale wciąż się nadawała, szczególnie gdy została ugotowana.
Do tego koncentrat pomidorowy, który zawierał wystarczającą ilość konserwantów
i można było jeść. Wszyscy na początek sprawdzili, czy sos nie smakuje
karmazynem, jednak wszystko wydawało się w porządku.
Po raz pierwszy
od apokalipsy jedli obiad jak u mamy. Tego dnia Elektra zdobyła takie pochwały,
że rumieniec dumy nie mógł jej zejść z twarzy. Wszyscy pałaszowali z błogimi
uśmiechami prócz Bryzy, której danie również smakowało, jednak myślami błądziła
zupełnie gdzie indziej.
- Ale o dzika
też by się przydało postarać - stwierdził Napalm z pełnymi ustami. - To jest
fantastyczne, a co dopiero dzik? Musimy więcej polować!
- Dziki wcale
nie są takie dobre - odparła Śnieżka, bardziej jednak zwracając uwagę na zawartość
swojego talerza.
- Może nigdy
nie jadałaś, bo ja tak - powiedział z dumą. - Takiego prawdziwego, z ogniska.
Na tym jednak
zakończył wspominanie, bo sięgnął po dokładkę.
Niespodziewanie
Bryza wstała, a pozostali spojrzeli na nią ze zdziwieniem.
- Ja… Mhm…
Pójdę zmienić Rambo na warcie - wymamrotała. - Zostawcie mu coś.
Choć normalnie
przynajmniej jedna osoba zażartowałaby, że skąd, wszystko zjedzą, teraz nie
skomentowali słów koleżanki. Bryza opuściła kuchnię i jak na ścięcie powlokła
się na dach. No dobra, trzeba się z tym zmierzyć. Wyszła na zewnątrz, gdzie
natychmiast poczuła chłodny wiatr. Nastał już maj, więc powietrze jakby
odrobinę się ociepliło, jednak słońce nadal miało problemy z przebiciem się
przez pył w atmosferze. Przeklęła w duchu. W kuchni po gotowaniu obiadu zrobiło
się gorąco, więc miała na sobie jedynie T-shirt - jeden z tych zdobytych
wczoraj przez Speedy, z kolorowymi kółkami. Objęła się ramionami, zdając sobie
sprawę, że ostatnio często to robi, jak rozmawia z Rambo. Tak jakby ręce mogły
zastąpić zbroję płytową…
Zbliżyła się do
mężczyzny stojącego przy murku okalającym dach i wypatrującego zagrożenia.
Stanęła kilka kroków za nim, po czym odchrząknęła.
Rambo spojrzał
na nią zdziwiony.
- Zmiana warty?
- zapytał po prostu.
- No… Jest
obiad. Elektra zrobiła gołąbki, pomyślałam, że też jesteś głodny - wyjaśniła
cicho.
Rambo chwilę
milczał, patrząc na nią.
- Ciągle mam
wrażenie, że się mnie boisz - wypalił nagle. - To chyba źle, nie?
- Czy ja wiem?
Chyba dobrze by było, jakbym bała się bardziej, to bym nie miała odwagi ci się
sprzeciwiać i byłbyś zadowolony - odpowiedziała, zanim się nad tym zastanowiła.
Frustracja, żal, a gdzieś w tym złość na siebie sprawiały, że z trudem
przychodziła jej kontrola nad sobą.
- Chyba już na
ten temat rozmawialiśmy. W obu sprawach. Czuję się za was wszystkich
odpowiedzialny i nie chcę, aby komukolwiek coś się stało. Nie chcę też
wszystkich kontrolować. Jeżeli już to robię, to nie mam złych zamiarów.
- Ta, jasne -
mruknęła. - Ale mi się nadal wydaje, że wolałbyś, bym nie robiła nic
samodzielnie, skoro zawsze jest to coś głupiego. Nieważne. - Potrząsnęła głową.
- Tak przy okazji, to… poszłam do takiego jednego sklepu. Był trochę zawalony,
lecz w końcu udało mi się dostać do środku. Wzięłam nasiona. Różnych roślin:
cebuli, ziemniaków, ogórków, sałaty. No, co mi wpadło w rękę. Elektra
coś tam próbowała uprawiać pod Oio, jednak pomyślałam, że to nie wystarczy. Nie
możemy w nieskończoność opierać się na tym, co znajdziemy w sklepach, bo albo
to się skończy, albo do reszty zepsuje. Więc… pomyślałam, że powinniśmy na
poważnie zająć się uprawą.
Gdy mówiła,
zapobiegawczo utkwiła wzrok nie w Rambo, tylko w przestrzeni koło jego
ramienia. Poczuła, że na skórze robi jej się gęsia skórka. Podszedł do niej
bliżej, aby musiała na niego mniej więcej spojrzeć, lecz wciąż patrzyła przed
siebie, co wychodziło trochę poniżej jego szyi.
- No… przyda
się - odezwał się po chwili zastanowienia. - W sumie dobrze, że przyniosłaś…
Choć lepiej by było, abyś ze sobą wtedy kogoś zabrała. Można jeszcze raz taką
akcję zrobić, udać się na jakieś ogródki działkowe i zebrać sadzonki, bo z
nasion pewnie nikt nie ma pojęcia, jak i kiedy to sadzić.
Mimowolnie
zacisnęła mocniej palce na swoim ramieniu, wciąż obejmując się w formie
mizernej ochrony przed porywistym wiatrem. Z reguły lubiła wiatr, ale wolała
trochę cieplejszy. A Rambo… No oczywiście, znowu nie zasłużyła na jakąś
pochwałę. Wymyśliła coś dla dobra drużyny, wprowadziła plan w życie, a jedyne,
co uzyskała to kolejny ochrzan po powrocie, a żadnej szczególnej
pochwały. Pewnie, Rambo by to zrobił lepiej.
- Na
opakowaniach są wskazówki - rzekła. - Wiem, że na początku pewnie niewiele z
tego wyjdzie, ale z każdym kolejnym rokiem może będzie lepiej... - Nagle
dotarła do niej pewna oczywista prawda, której do tej pory nie dostrzegała.
Podniosła lekko spanikowany wzrok na Rambo. - Z każdym kolejnym rokiem… To… To
się nie skończy, prawda? Nigdy. - Głos jej zadrżał. - Pogodziłam się z tym, że
apokalipsa, że tyle osób zginęło, że utraciłam rodzinę, przyjaciół… Ale zawsze
jakoś tak… podświadomie uznawałam obecny stan za… tymczasowy. A on nie jest
tymczasowy. Tak będzie już zawsze. Wyobrażasz sobie życie w ten sposób? Całe?
Wyobrażasz sobie… cokolwiek… chociażby... założyć normalną rodzinę w takich warunkach?
- Nie wiem… -
Trochę zdziwił się tą nagłą zmianą. - Po prostu jest, jak jest i muszę tak żyć.
Najlepiej myśleć po prostu, jak przeżyć dalej. Na razie dajemy sobie radę, więc
czemu później miałoby być inaczej? - Na chwilę zamilkł, po czym położył jej rękę
na ramieniu. Miała lodowatą skórę, prawie jak Śnieżka. - Przynieść ci coś do
ubrania? Wyglądasz, jakby ci było… nieco zimno.
- Dobra, możesz
przynieść, jak zjesz obiad - przyznała, choć tak naprawdę w tej chwili ledwie
odczuwała chłód po tym, jak wstrząsnęła nią świadomość życia w tym świecie.
Wydawało się, że już zamilknie, jednak spróbowała raz jeszcze uzyskać jakąś
odpowiedź. - Rambo, ale… właśnie o tym mówię. Skupiamy się na tym, jak przeżyć.
Tak mogą wyglądać studia. Pamiętam, jak mama mi opowiadała, że pod koniec
miesiąca skwapliwie liczyła, co kupić, by chociaż coś mogła zjeść. Tylko że
studia się w pewnym momencie kończyły i zaczynało się żyć normalnie. My nie
będziemy mieć takiej możliwości. Nie przejmujesz się tym? Pewnie, na razie
jesteśmy rodziną, ale… jesteśmy teraz bardziej rodzeństwem niż rodziną… - W jej
oczach odbiła się rezygnacja. - Tak, wiem, pewnie znowu wytkniesz mi instynkt
macierzyński czy coś…
Odgarnęła z
twarzy włosy, próbując się pozbierać. Przełknęła napływające do oczu łzy, postanawiając
nie płakać przy Rambo.
- Nie wiem, co
ci odpowiedzieć. - Mężczyzna wydawał się być zmieszany. - Nigdy o tym nie
rozmyślałem. Może to i źle, ale… Na razie było w porządku. W miarę…
Wzięła głęboki
oddech, by zapanować nad głosem. Kiedy się odezwała, brzmiała całkiem
normalnie.
- Dobra,
nieważne. Idź już. Dość długo cię zatrzymałam. Mam nadzieję, że zostawili ci
trochę tych gołąbków.
Odwróciła się i
podeszła do najbliższego murku, skupiając się na warcie.
Rambo chwilę
jeszcze na nią patrzył, ale w końcu odszedł. Nie został jednak w kuchni, tylko
zszedł na drugie piętro, by znaleźć jakąś bluzę Bryzy. Zaraz potem wrócił na
dach, mijając zdziwionych towarzyszy przy obiedzie. Podszedł do wartującej
teraz koleżanki i podał jej ubranie.
- Weź. Żebyś
się nie przeziębiła czy coś...
- Ok, dzięki -
powiedziała wypranym z emocji głosem. Ubrała bluzę, po czym z ulgą schowała
dłonie w jej kieszeniach. - Dzięki - powtórzyła, gdy Rambo wciąż stał. -
Przecież nic mi się nie stanie tutaj, a i szanse na głupie pomysły są nikłe. -
Uśmiechnęła się blado.
- Przestań to
powtarzać - powiedział cicho. - Wcale nie zakładam, że zrobisz coś głupiego.
- No dobra,
jasne. W każdym razie, powinieneś już iść. Elektra przeszła samą siebie, jeżeli
chodzi o te gołąbki, więc lepiej się pospiesz, to może będą przynajmniej trochę
ciepłe.
Mówiła tonem,
który każda kobieta uznałaby za podejrzany, jednak dla Rambo wydał się całkiem
zwyczajny. Mężczyzna pokiwał więc głową i w końcu zszedł do kuchni. Oczywiście
wszyscy znowu się na niego gapili, po czym udawali, że wcale nie.
- Hm…
Rzeczywiście ładnie pachnie - mruknął z rozpogodzoną twarzą i wyjął z gara
gołąbka dla siebie. - Tak więc, powiadacie, gołąbki z gołębi? Nieźle…
Zaczął jeść z
wyraźnym zadowoleniem. Po jakimś czasie odezwał się do Napalma.
- Słuchaj… Jak
tam się wysypiasz?
- Ja….? Wysypiam…?
- Zaskoczony Napalm zamilkł na moment, wyraźnie rozważając, jaka odpowiedź
skończy się dla niego lepiej. - Hmm… Powiedzmy, że… w miarę…
- O, to
świetnie. Bo wiesz… Tak sobie pomyślałem, że na pewno chciałbyś wziąć dodatkową
zmianę w nocy. No wiesz, na warcie. Wyglądałeś ostatnio, jakbyś chciał się
zastanowić nad różnymi sprawami… Rozumiesz. - Rambo mówił to spokojnie,
brzmiało to jak zwykła sugestia, ale Napalm wyczuł, że to wcale nie tak. Jeżeli
to powiedział, to tak miało być. Czyli połowę nocy musiał sobie zarezerwować na
wartowanie z okazji niepowstrzymania Bryzy przed wyjściem.
Śnieżka oparła
twarz na dłoni, ukrywając rozbawienie. Współczująco poklepała Napalma po ręce.
On sam zacisnął zęby, by nie odpowiedzieć czegoś, co tylko pogorszy sprawę. Pięknie,
Bryza nieźle go wkopała. Musiała mieć takie głupie pomysły? Spojrzał wściekle
na Śnieżkę, po czym skierował wzrok na Rambo.
- Dobra -
mruknął. - Super, poodmrażam sobie tyłek na warcie, bo Bryza postanowiła gdzieś
iść na spacer. A ona co? Druga połowa nocy? - wyrwało mu się, zanim zdążył się
powstrzymać.
- Nie wiem…
Albo ty, albo ona… albo wybierz kogoś. I nie wymyślaj tutaj, że
„niesprawiedliwe”, bo to wcale nieprawda. Wiesz czemu. Za zadanie miałeś ją
powstrzymać. A Bryza częściowo odkupiła swoje winy, bo przyniosła parę
przydatnych, przyszłościowych rzeczy - odparł Rambo spokojnie, dalej jedząc.
- Kiedy to w
dalszym ciągu niesprawiedliwe - burknął. - Mianowałeś ją zastępczynią, a
stwierdziła, że to rozkaz. Co miałem zrobić. Związać ją?
- Szkoda, że
nie kazała ci uciąć jej ręki - mruknął Rambo pod nosem i wywrócił oczami. Po
tym dodał głośniej. - Nie myślałeś o tym, że będąc sama, może się jej coś stać?
Mogłeś pójść z nią, narzucać się, cokolwiek.
- Dobra,
odbębnię tę wartę, tylko już mi nie truj. Zrozumiałem, dziewczynom nie ufać. -
Uśmiechnął się z nutą złośliwości.
- Taa… Gdyby to było takie proste -
szepnął Rambo do siebie i pokręcił głową. Kończył gołąbka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz