Półtora roku temu wybuch Yellowstone spustoszył połowę Ameryki Północnej, a wulkaniczny pył osiadł także na całej półkuli północnej i pozostał w atmosferze niczym nieustające, ciemne chmury. Wybuch wzbudził również inne wulkany, a trzęsienia ziemi uszkodziły reaktory jądrowe.

Miliony, miliardy ludzi zginęło.

Wśród ocalałych pojawiła się nieznana choroba, która zmieniała ludzi w kanibali. Ich głód ludzkiego mięsa można porównać do wampirzego pragnienia znanego z książek.

Skażenie lub groza sytuacji obudziła u niektórych niewyjaśnione mutamoce.

Panuje półmrok spowodowany pyłem w atmosferze, ale w Europie z rzadka da się już dostrzec przebijające się z trudem promienie słońca. W zniszczonych, opustoszałych miastach trwa walka o przetrwanie.

Ogłoszenia

Pierwsze pięć rozdziałów zostało lekko edytowanych. Zmiany, jak uprzedzałyśmy, nie tyczą się głównej fabuły, tylko błędów stylistycznych oraz związanych z charakterami postaci. Nie ma potrzeby, by ci, którzy czytają na bieżąco, musieli wracać do tamtych rozdziałów, ale piszemy o fakcie zmiany dla zachowania porządku.

piątek, 10 października 2014

Rozdział 14

Hej ;) Co by znowu nie mieć opóźnienia, rozdział wstawiamy dzisiaj, bo jutro jedziemy na Tetcon. W związku z tym, że jest piątek wieczór, jakoś tak brak nam pomysłów na coś ambitnego do powiedzenie (napisania). Także:
Zapraszamy do czytania! :)
(i komentowania, rzecz jasna, choć na to już trochę straciłyśmy nadzieję... ;P) 

Ledwie Rambo, Speedy i Napalm minęli próg Novum, gdy dostrzegli Bryzę nadchodzącą od strony głównej bramy do politechniki. Kobieta, nie widząc zagrożenia, pomachała do nich z uśmiechem. Wyglądała normalnie za wyjątkiem czerwonego otarcia na policzku i drobnego zranienia na wierzchu dłoni.
Rambo zacisnął zęby, wcisnął Napalmowi w ręce swoją strzelbę i ruszył ze wściekłą miną w stronę Bryzy. Kiedy był już dziesięć metrów od niej, krzyknął:
    - Co tobie odpaliło w tej porąbanej głowie, idiotko?!
    Uśmiech Bryzy z miejsca ustąpił bojowemu wyrazowi twarzy. Speedy z Napalmem postanowili subtelnie wycofać się do Novum.
    - O co ci znowu chodzi? - spytała w miarę spokojnie.
    - Nikt nigdy, przenigdy nie ma prawa samemu wychodzić na miasto i ty dobrze o tym wiesz - warknął do Bryzy, gdy już stanął naprzeciwko niej. W tym momencie wyglądał naprawdę groźnie: wściekły, górujący nad nią wzrostem, z dzikim spojrzeniem, ze zmierzwionymi włosami i brodą jak jakiś szalony drwal.
    - Nic się przecież nie stało, nie przesadzaj. - Przewróciła oczami. - Po ataku na Oio poszłam sama sprawdzić, czy Novum jest czyste i co? Jakoś żyję. Teraz też żyję. Potrafię sobie poradzić. Zresztą, nie miałam większych problemów.
    - I ty naprawdę jesteś na tyle naiwna, że uważasz, że tak zawsze będzie? Wybrałem cię drugim dowódcą, bo myślałem, że jesteś ogarnięta i zwracasz uwagę na bezpieczeństwo. Nigdy bym się nie spodziewał, że będziesz chodziła sama, gdzie ci się tylko podoba! Zabraniam ci tak robić kiedykolwiek później! - zakończył.
    - Odczep się ode mnie, dobra? - wycedziła. - Ciągle mi się obrywa! Mam już tego dosyć! Próbuję coś ogarnąć, ale nie, zawsze jestem winna! Cokolwiek zrobię, jest źle.
    - Zapewniam cię, że obrywa ci się tylko za to, co naprawdę robisz źle. A widzę, że od czasu objęcia stanowiska, coraz częściej robisz głupoty i olewasz zasady - burknął.
    - Świetnie - prychnęła. - To pozbaw mnie tego „stanowiska”, skoro jestem taka głupia. A tak się składa, że robię to wszystko dla drużyny, nie dla siebie, ale co cię to obchodzi?! Może po prostu przestań się mną martwić i będzie spokój, jak zombiaki mnie zeżrą. Wybacz, że musisz się ze mną męczyć!
    Zanim Rambo zareagował, wyminęła go i podbiegła do Novum. Po drodze przemknęła koło Speedy oraz Napalma, którzy podsłuchiwali rozmowę, co nie należało do szczególnie trudnych zadań. Bryza kilkoma susami weszła na drugie piętro, gdzie z wściekłością rzuciła plecak w stronę sypialni. Następnie zamknęła się w łazience. Woda z kranu, co prawda nie leciała, ale trzymali tam część baniaków.
    Kobieta umyła brudne ręce, a potem oczyściła zranienie na dłoni oraz otarcie na policzku. Przez gniew szorowała tak mocno, że aż bolało, lecz prawie tego nie czuła. Dlaczego Rambo zawsze musiał się jej czepiać? Zawsze coś robiła źle. Mogłaby po prostu stąd odejść, olać to wszystko… Nie, nie mogłaby. Nie wyobrażała sobie życia w pojedynkę. Zresztą długo by nie pożyła. I w sumie, teraz też mogła zginąć… Kiedy poślizgnęła się na gruzie, gdyby chociażby skręciła sobie nogę, jak dotarłaby z powrotem…? Albo gorzej, gdyby straciła przytomność?
    Oparła się o ścianę, zaciskając zęby. Dlaczego, do tego wszystkiego, Rambo musiał mieć trochę racji? Obmyła sobie twarz i otarła rękawem. Może faktycznie przegięła? Rano to nie wydawało się niebezpieczne. Rano sądziła, że to świetne rozwiązanie: wróci, pochwali się swoim pomysłem…
    Myśl, że musi przeprosić Rambo, doprowadzała ją do szału, ale coraz bardziej dochodziła do wniosku, że musi to zrobić. W końcu zasadę chodzenia w co najmniej dwie osoby nie wymyślili bez powodu… Tyle tylko, że Rambo wkurzał się na nią, że złamała tę zasadę, a mniej dlatego, że mogło jej się coś stać. Zupełnie, jakby go to mało obchodziło. Prychnęła. No pewnie, pan-wielki-dowódca po prostuje potrzebuje żołnierzy, więc nie może sobie pozwolić na ich stratę. Tylko to się dla niego liczyło.
    Odetchnęła głęboko, po czym opuściła łazienkę. Nagle zauważyła, że naprzeciw drzwi stoi Rambo. Ze skrzyżowanymi ramionami opierał się o ścianę i wyraźnie czekał, aż wyjdzie. Kobieta przez chwilę zawahała się - czy aby nie byłoby bezpieczniej wrócić do tego małego, ciasnego, ciemnego pomieszczenia i nie zamknąć się w nim? Ale nie mogła, nie teraz.
    - I co? Dalej uważasz, że to wszystko było bezpieczne? - zapytał ją niskim głosem, jakby był gotowy znowu na nią krzyknąć.
    Zanim odpowiedziała, policzyła w myślach do dziesięciu, by znowu się nie wściec. Nienawidziła tego faceta, po prostu go nienawidziła.
    - Nie, nie było, ale przynajmniej mogłam się na coś przydać. Wasza wycieczka na polowanie też nie była bezpieczna - rzekła opanowanie. - Przepraszam, że złamałam reguły.
    Ostatnie słowa wiele ją kosztowały, lecz zdołała je z siebie wydusić. Skierowała się do sypialni, zamierzając po prostu przejść obok Rambo i zakończyć rozmowę. Dziwne, że nikogo nie było w pokoju, jednak pozostali członkowie drużyny woleli najwyraźniej trzymać się chwilowo na dystans. Niespodziewanie, kiedy przechodziła obok mężczyzny, ten złapał ją za ramię. Wyraźnie próbował się opanować, jednak znowu puściły mu nerwy.
    - Czy ty naprawdę nie potrafisz zrozumieć, że to wszystko dla bezpieczeństwa, te całe reguły?! Ja poszedłem do lasu ze Speedy i Śnieżką, a ty całkiem sama wyszłaś sobie na miasto. Jak tylko wróciłem i dowiedziałem się, że ot tak sobie wybyłaś, właśnie wychodziliśmy, żeby cię szukać. Czy ty to w końcu zrozumiesz?!
    Patrzyła mu w oczy, znowu coraz bardziej wściekła. Wyrwała rękę z uścisku mężczyzny i go odepchnęła.
    - Nie musieliście mnie szukać. Jak widzisz, nic mi nie jest - przypomniała. Zmusiła się do większego spokoju. - Tak, rozumiem, że zasady są dla bezpieczeństwa drużyny. I tak, nie będę ich już łamać. Zadowolony?
    - Tak, zadowolony - warknął. - Choć przydałoby się, abyś o takich rzeczach myślała wcześniej. Bo głupio by było, gdyby dopadła cię jakaś sfora zmutowanych psów, jakbyś była sama. A my nie jesteśmy jasnowidze, aby ruszyć ci na ratunek w odpowiednim momencie.
- Nie potrzebuję ratunku - przerwała mu. - Wyszłam na własne ryzyko, więc najwyżej sama bym za to zapłaciła. A dla was byłoby co najwyżej „głupio”. Mogę już iść?
Rambo prychnął. Spojrzał na chwilę w sufit, próbując się uspokoić, po czym znowu utkwił wzrok w jej oczach.
- Czy ty dalej nie potrafisz zrozumieć, że się o ciebie martwiliśmy? Nie, nie byłoby tylko głupio. Ty jesteś głupia. Jesteśmy dla siebie wszyscy razem jak rodzina, jak możesz mówić w ogóle takie rzeczy?
    Spuściła wzrok. Przypomniała sobie, jak o tym, że są dla siebie rodziną, sama mu mówiła, gdy próbowała go wyciągnąć z audytorium. Przygryzła wargę. Gdyby ktoś inny, chociażby Speedy, wybrał się sam na miasto, Bryza bez wątpienia by na niego nawrzeszczała za głupotę. A robiła dokładnie to samo…
    - Ok, rozumiem, przepraszam - powiedziała cicho, patrząc w podłogę.
    - Nie rób tak więcej - mruknął na koniec i odszedł na trzecie piętro, do kuchni.
    Kiedy się tam zjawił, ujrzał wlepione w siebie spojrzenia Napalma, Speedy, Śnieżki i Elektry. Chwilę tak trwali, po czym zaczęli udawać, że robią całkiem co innego: Elektra ze Śnieżką przyprawiały mięso, a Speedy oraz Napalm myli brudne naczynia nagromadzone przez parę dni. Rambo poszedł nalać sobie wody i wypił jednym haustem. Po tym zabrał swoją strzelbę i poszedł na dach. W zamian za niego wrócił Shiny.
    Na drugim piętrze Bryza weszła do sypialni i z frustracją kopnęła swój plecak, który wcześniej po rzucie zatrzymał się zaraz za progiem. Opadłszy na śpiwór, skuliła się w kłębek. Przeklinała siebie za to, że znowu zbiera jej się na płacz, lecz zdołała szybko się opanować. Przetarła twarz i usiadła ze skrzyżowanymi nogami. Sięgnęła po plecak. Kiedy rozpięła zamek, zauważyła, że jej zdobycze nadal są na swoim miejscu, a brutalne traktowanie raczej im nie zaszkodziło. Zaczęła zdejmować z siebie całe uzbrojenie, by zająć czymś ręce. Odłożyła je na stosik, który zamierzała potem zanieść do zbrojowni, ale nie teraz. Nie miała ochoty natknąć się przy tym na kogokolwiek. Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy.
Po chwili do sypialni wszedł Shiny. Spojrzał na nią, kiedy przechodził obok w stronę swojego śpiwora, na którym ostatecznie się położył.
- Wkurzył się, nie? - zagadnął cicho. - Kiedyś to szedł mnie pilnować, nawet jak chciałem iść za krzaczek…
Bryza uniosła powieki i odwróciła głowę w stronę kolegi.
- Nie mam wrażenia, że mnie pilnuje - mruknęła. - Mam wrażenie, że po prostu chce mnie kontrolować. A nie tak dawno sam mówił, bym nie dała się nikomu zniewolić - prychnęła. - A gdy tylko mu się sprzeciwiam albo nie robię czegoś tak, jak on chce, od razu jest źle. Ostatnio wszystko, co robię, jest źle.
- Ja tam nie wiem, co jest źle - odparł. - Wiem tylko, że on się serio wszystkim martwi. I trochę mu od tego odbija. Kitty nigdzie nie wypuszczał. Mnie też trzymał jak w klatce, ażebym sobie niczego nie zrobił. O każdego się boi. A tobie się dostaje, bo masz trochę więcej własnej inicjatywy. - Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie wiem - westchnęła, pocierając skroń. - Ostatnio zdaje mi się, jakbym go co chwilę wkurzała. Jakby każdy mój pomysł był beznadziejny. Zrobił mnie zastępczynią, a i tak się na mnie wydziera. Jest zadowolony, póki wykonuję jego zadania i nie myślę samodzielnie. Ja już nie wiem… Kiedyś, właściwie to niedawno - uzmysłowiła sobie ze zdziwieniem - powiedziałam mu, że jak chce, to mogę wykonywać tylko jego rozkazy, a on na to, że bez przesady, że powinnam myśleć sama i w ogóle. I co? I tylko się przez to wścieka.
- Ojej, marudzisz - westchnął Shiny i dalej ciągnął swoim beznamiętnym głosem: - To mu to powiedz. Wprost.
- Nie, mam dosyć, gardło można zedrzeć. Dzięki za… - zawahała się na moment - rozmowę.
Wstała zdecydowanie, przeszła przez pokój i otworzyła okno. Usiadła na parapecie, opierając się o ramę tak, że nie mogła spaść. Stąd nie było takiego widoku jak z Oio, ale gdzieś pomiędzy ruinami innych budynków dostrzegła las. Szkoda, że nie poszła dzisiaj z nimi na polowanie. Mogłaby zobaczyć coś ciekawszego od zniszczonego miasta.

*

Później wszyscy oprócz Rambo, który dalej tkwił na warcie, usiedli do obiadu. Elektra wykazała się niesamowitą kreatywnością, robiąc z gołębi grzywaczy i jednego dzięcioła… gołąbki. Nawet kapusta się do tego znalazła. Co prawda już trochę zwiędła od czasu przyniesienia, ale wciąż się nadawała, szczególnie gdy została ugotowana. Do tego koncentrat pomidorowy, który zawierał wystarczającą ilość konserwantów i można było jeść. Wszyscy na początek sprawdzili, czy sos nie smakuje karmazynem, jednak wszystko wydawało się w porządku.
Po raz pierwszy od apokalipsy jedli obiad jak u mamy. Tego dnia Elektra zdobyła takie pochwały, że rumieniec dumy nie mógł jej zejść z twarzy. Wszyscy pałaszowali z błogimi uśmiechami prócz Bryzy, której danie również smakowało, jednak myślami błądziła zupełnie gdzie indziej.
- Ale o dzika też by się przydało postarać - stwierdził Napalm z pełnymi ustami. - To jest fantastyczne, a co dopiero dzik? Musimy więcej polować!
- Dziki wcale nie są takie dobre - odparła Śnieżka, bardziej jednak zwracając uwagę na zawartość swojego talerza.
- Może nigdy nie jadałaś, bo ja tak - powiedział z dumą. - Takiego prawdziwego, z ogniska.
Na tym jednak zakończył wspominanie, bo sięgnął po dokładkę.
Niespodziewanie Bryza wstała, a pozostali spojrzeli na nią ze zdziwieniem.
- Ja… Mhm… Pójdę zmienić Rambo na warcie - wymamrotała. - Zostawcie mu coś.
Choć normalnie przynajmniej jedna osoba zażartowałaby, że skąd, wszystko zjedzą, teraz nie skomentowali słów koleżanki. Bryza opuściła kuchnię i jak na ścięcie powlokła się na dach. No dobra, trzeba się z tym zmierzyć. Wyszła na zewnątrz, gdzie natychmiast poczuła chłodny wiatr. Nastał już maj, więc powietrze jakby odrobinę się ociepliło, jednak słońce nadal miało problemy z przebiciem się przez pył w atmosferze. Przeklęła w duchu. W kuchni po gotowaniu obiadu zrobiło się gorąco, więc miała na sobie jedynie T-shirt - jeden z tych zdobytych wczoraj przez Speedy, z kolorowymi kółkami. Objęła się ramionami, zdając sobie sprawę, że ostatnio często to robi, jak rozmawia z Rambo. Tak jakby ręce mogły zastąpić zbroję płytową…
Zbliżyła się do mężczyzny stojącego przy murku okalającym dach i wypatrującego zagrożenia. Stanęła kilka kroków za nim, po czym odchrząknęła.
Rambo spojrzał na nią zdziwiony.
- Zmiana warty? - zapytał po prostu.
- No… Jest obiad. Elektra zrobiła gołąbki, pomyślałam, że też jesteś głodny - wyjaśniła cicho.
Rambo chwilę milczał, patrząc na nią.
- Ciągle mam wrażenie, że się mnie boisz - wypalił nagle. - To chyba źle, nie?
- Czy ja wiem? Chyba dobrze by było, jakbym bała się bardziej, to bym nie miała odwagi ci się sprzeciwiać i byłbyś zadowolony - odpowiedziała, zanim się nad tym zastanowiła. Frustracja, żal, a gdzieś w tym złość na siebie sprawiały, że z trudem przychodziła jej kontrola nad sobą.
- Chyba już na ten temat rozmawialiśmy. W obu sprawach. Czuję się za was wszystkich odpowiedzialny i nie chcę, aby komukolwiek coś się stało. Nie chcę też wszystkich kontrolować. Jeżeli już to robię, to nie mam złych zamiarów.
- Ta, jasne - mruknęła. - Ale mi się nadal wydaje, że wolałbyś, bym nie robiła nic samodzielnie, skoro zawsze jest to coś głupiego. Nieważne. - Potrząsnęła głową. - Tak przy okazji, to… poszłam do takiego jednego sklepu. Był trochę zawalony, lecz w końcu udało mi się dostać do środku. Wzięłam nasiona. Różnych roślin: cebuli, ziemniaków, ogórków, sałaty. No, co mi wpadło w rękę. Elektra coś tam próbowała uprawiać pod Oio, jednak pomyślałam, że to nie wystarczy. Nie możemy w nieskończoność opierać się na tym, co znajdziemy w sklepach, bo albo to się skończy, albo do reszty zepsuje. Więc… pomyślałam, że powinniśmy na poważnie zająć się uprawą.
Gdy mówiła, zapobiegawczo utkwiła wzrok nie w Rambo, tylko w przestrzeni koło jego ramienia. Poczuła, że na skórze robi jej się gęsia skórka. Podszedł do niej bliżej, aby musiała na niego mniej więcej spojrzeć, lecz wciąż patrzyła przed siebie, co wychodziło trochę poniżej jego szyi.
- No… przyda się - odezwał się po chwili zastanowienia. - W sumie dobrze, że przyniosłaś… Choć lepiej by było, abyś ze sobą wtedy kogoś zabrała. Można jeszcze raz taką akcję zrobić, udać się na jakieś ogródki działkowe i zebrać sadzonki, bo z nasion pewnie nikt nie ma pojęcia, jak i kiedy to sadzić.
Mimowolnie zacisnęła mocniej palce na swoim ramieniu, wciąż obejmując się w formie mizernej ochrony przed porywistym wiatrem. Z reguły lubiła wiatr, ale wolała trochę cieplejszy. A Rambo… No oczywiście, znowu nie zasłużyła na jakąś pochwałę. Wymyśliła coś dla dobra drużyny, wprowadziła plan w życie, a jedyne, co uzyskała to kolejny ochrzan po powrocie, a żadnej szczególnej pochwały. Pewnie, Rambo by to zrobił lepiej.
- Na opakowaniach są wskazówki - rzekła. - Wiem, że na początku pewnie niewiele z tego wyjdzie, ale z każdym kolejnym rokiem może będzie lepiej... - Nagle dotarła do niej pewna oczywista prawda, której do tej pory nie dostrzegała. Podniosła lekko spanikowany wzrok na Rambo. - Z każdym kolejnym rokiem… To… To się nie skończy, prawda? Nigdy. - Głos jej zadrżał. - Pogodziłam się z tym, że apokalipsa, że tyle osób zginęło, że utraciłam rodzinę, przyjaciół… Ale zawsze jakoś tak… podświadomie uznawałam obecny stan za… tymczasowy. A on nie jest tymczasowy. Tak będzie już zawsze. Wyobrażasz sobie życie w ten sposób? Całe? Wyobrażasz sobie… cokolwiek… chociażby... założyć normalną rodzinę w takich warunkach?
- Nie wiem… - Trochę zdziwił się tą nagłą zmianą. - Po prostu jest, jak jest i muszę tak żyć. Najlepiej myśleć po prostu, jak przeżyć dalej. Na razie dajemy sobie radę, więc czemu później miałoby być inaczej? - Na chwilę zamilkł, po czym położył jej rękę na ramieniu. Miała lodowatą skórę, prawie jak Śnieżka. - Przynieść ci coś do ubrania? Wyglądasz, jakby ci było… nieco zimno.
- Dobra, możesz przynieść, jak zjesz obiad - przyznała, choć tak naprawdę w tej chwili ledwie odczuwała chłód po tym, jak wstrząsnęła nią świadomość życia w tym świecie. Wydawało się, że już zamilknie, jednak spróbowała raz jeszcze uzyskać jakąś odpowiedź. - Rambo, ale… właśnie o tym mówię. Skupiamy się na tym, jak przeżyć. Tak mogą wyglądać studia. Pamiętam, jak mama mi opowiadała, że pod koniec miesiąca skwapliwie liczyła, co kupić, by chociaż coś mogła zjeść. Tylko że studia się w pewnym momencie kończyły i zaczynało się żyć normalnie. My nie będziemy mieć takiej możliwości. Nie przejmujesz się tym? Pewnie, na razie jesteśmy rodziną, ale… jesteśmy teraz bardziej rodzeństwem niż rodziną… - W jej oczach odbiła się rezygnacja. - Tak, wiem, pewnie znowu wytkniesz mi instynkt macierzyński czy coś…
Odgarnęła z twarzy włosy, próbując się pozbierać. Przełknęła napływające do oczu łzy, postanawiając nie płakać przy Rambo.
- Nie wiem, co ci odpowiedzieć. - Mężczyzna wydawał się być zmieszany. - Nigdy o tym nie rozmyślałem. Może to i źle, ale… Na razie było w porządku. W miarę…
Wzięła głęboki oddech, by zapanować nad głosem. Kiedy się odezwała, brzmiała całkiem normalnie.
- Dobra, nieważne. Idź już. Dość długo cię zatrzymałam. Mam nadzieję, że zostawili ci trochę tych gołąbków.
Odwróciła się i podeszła do najbliższego murku, skupiając się na warcie.
Rambo chwilę jeszcze na nią patrzył, ale w końcu odszedł. Nie został jednak w kuchni, tylko zszedł na drugie piętro, by znaleźć jakąś bluzę Bryzy. Zaraz potem wrócił na dach, mijając zdziwionych towarzyszy przy obiedzie. Podszedł do wartującej teraz koleżanki i podał jej ubranie.
- Weź. Żebyś się nie przeziębiła czy coś...
- Ok, dzięki - powiedziała wypranym z emocji głosem. Ubrała bluzę, po czym z ulgą schowała dłonie w jej kieszeniach. - Dzięki - powtórzyła, gdy Rambo wciąż stał. - Przecież nic mi się nie stanie tutaj, a i szanse na głupie pomysły są nikłe. - Uśmiechnęła się blado.
- Przestań to powtarzać - powiedział cicho. - Wcale nie zakładam, że zrobisz coś głupiego.
- No dobra, jasne. W każdym razie, powinieneś już iść. Elektra przeszła samą siebie, jeżeli chodzi o te gołąbki, więc lepiej się pospiesz, to może będą przynajmniej trochę ciepłe.
Mówiła tonem, który każda kobieta uznałaby za podejrzany, jednak dla Rambo wydał się całkiem zwyczajny. Mężczyzna pokiwał więc głową i w końcu zszedł do kuchni. Oczywiście wszyscy znowu się na niego gapili, po czym udawali, że wcale nie.
- Hm… Rzeczywiście ładnie pachnie - mruknął z rozpogodzoną twarzą i wyjął z gara gołąbka dla siebie. - Tak więc, powiadacie, gołąbki z gołębi? Nieźle…
Zaczął jeść z wyraźnym zadowoleniem. Po jakimś czasie odezwał się do Napalma.
- Słuchaj… Jak tam się wysypiasz?
- Ja….? Wysypiam…? - Zaskoczony Napalm zamilkł na moment, wyraźnie rozważając, jaka odpowiedź skończy się dla niego lepiej. - Hmm… Powiedzmy, że… w miarę…
- O, to świetnie. Bo wiesz… Tak sobie pomyślałem, że na pewno chciałbyś wziąć dodatkową zmianę w nocy. No wiesz, na warcie. Wyglądałeś ostatnio, jakbyś chciał się zastanowić nad różnymi sprawami… Rozumiesz. - Rambo mówił to spokojnie, brzmiało to jak zwykła sugestia, ale Napalm wyczuł, że to wcale nie tak. Jeżeli to powiedział, to tak miało być. Czyli połowę nocy musiał sobie zarezerwować na wartowanie z okazji niepowstrzymania Bryzy przed wyjściem.
Śnieżka oparła twarz na dłoni, ukrywając rozbawienie. Współczująco poklepała Napalma po ręce. On sam zacisnął zęby, by nie odpowiedzieć czegoś, co tylko pogorszy sprawę. Pięknie, Bryza nieźle go wkopała. Musiała mieć takie głupie pomysły? Spojrzał wściekle na Śnieżkę, po czym skierował wzrok na Rambo.
- Dobra - mruknął. - Super, poodmrażam sobie tyłek na warcie, bo Bryza postanowiła gdzieś iść na spacer. A ona co? Druga połowa nocy? - wyrwało mu się, zanim zdążył się powstrzymać.
- Nie wiem… Albo ty, albo ona… albo wybierz kogoś. I nie wymyślaj tutaj, że „niesprawiedliwe”, bo to wcale nieprawda. Wiesz czemu. Za zadanie miałeś ją powstrzymać. A Bryza częściowo odkupiła swoje winy, bo przyniosła parę przydatnych, przyszłościowych rzeczy - odparł Rambo spokojnie, dalej jedząc.
- Kiedy to w dalszym ciągu niesprawiedliwe - burknął. - Mianowałeś ją zastępczynią, a stwierdziła, że to rozkaz. Co miałem zrobić. Związać ją?
- Szkoda, że nie kazała ci uciąć jej ręki - mruknął Rambo pod nosem i wywrócił oczami. Po tym dodał głośniej. - Nie myślałeś o tym, że będąc sama, może się jej coś stać? Mogłeś pójść z nią, narzucać się, cokolwiek.
- Dobra, odbębnię tę wartę, tylko już mi nie truj. Zrozumiałem, dziewczynom nie ufać. - Uśmiechnął się z nutą złośliwości.
- Taa… Gdyby to było takie proste - szepnął Rambo do siebie i pokręcił głową. Kończył gołąbka.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz