Półtora roku temu wybuch Yellowstone spustoszył połowę Ameryki Północnej, a wulkaniczny pył osiadł także na całej półkuli północnej i pozostał w atmosferze niczym nieustające, ciemne chmury. Wybuch wzbudził również inne wulkany, a trzęsienia ziemi uszkodziły reaktory jądrowe.

Miliony, miliardy ludzi zginęło.

Wśród ocalałych pojawiła się nieznana choroba, która zmieniała ludzi w kanibali. Ich głód ludzkiego mięsa można porównać do wampirzego pragnienia znanego z książek.

Skażenie lub groza sytuacji obudziła u niektórych niewyjaśnione mutamoce.

Panuje półmrok spowodowany pyłem w atmosferze, ale w Europie z rzadka da się już dostrzec przebijające się z trudem promienie słońca. W zniszczonych, opustoszałych miastach trwa walka o przetrwanie.

Ogłoszenia

Pierwsze pięć rozdziałów zostało lekko edytowanych. Zmiany, jak uprzedzałyśmy, nie tyczą się głównej fabuły, tylko błędów stylistycznych oraz związanych z charakterami postaci. Nie ma potrzeby, by ci, którzy czytają na bieżąco, musieli wracać do tamtych rozdziałów, ale piszemy o fakcie zmiany dla zachowania porządku.

sobota, 4 października 2014

Rozdział 13

Hej, hej! :) Miało już nie być obsuw, ale... Selene sama nie potrafi wstawić rozdziału, a ja (An-Elenel, jakby ktoś się nie domyślił ;>) miałam ostatnio dość ciężkie tygodnie w związku z końcówką pracy, a potem powrotem na studia. Także na myślenie o blogu chwilowo nie miałam siły. Swoje też zrobił fakt, że nie mamy pojęcia, czy ktokolwiek czyta tę historię, więc nie wiemy, czy w ogóle jest sens wstawiać kolejne rozdziały. Jeżeli to czytacie, odezwijcie się. Komentarz można dodać w pełni anonimowo, bez żadnych kont (wystarczy wybrać odpowiednią opcję z listy rozwijanej przy dodawaniu komentarza). Po prostu chciałybyśmy wiedzieć, czy dla kogokolwiek to robimy ;) Postaram się już dodawać rozdziały bardziej regularnie, może z lekkimi opóźnieniami, jeżeli w weekend się zapomnę. No dobra, koniec wstępu. Zapraszam do czytania:

Ranek powitał ich spokojny i jasny… Jasny! Śnieżka zerwała się na nogi, kiedy uświadomiła sobie, że jest trochę zbyt jasno niż zwykle. Podeszła do Speedy i szturchnęła ją.
- Budź się! Idziemy na polowanie, słońce świeci! - szepnęła rozentuzjazmowana, po czym tę samą procedurę budzenia powtórzyła z Rambo.
Następnie, zebrawszy ubrania, poszła się przebrać do łazienki. Kiedy z niej wyszła, rozespana Speedy wraz z dowódcą zdecydowali się wstać oraz opuścić sypialnię.
- Polowanie, śpiochy - powtórzyła. - Słońce świeci.
Z jakiegoś powodu dopiero teraz otrzeźwieli. Szybko się przebrali i we trójkę ruszyli na piętro, do zbrojowni, aby zabrać broń. Rambo jeszcze napisał szybko karteczkę dla Bryzy z informacją, gdzie i po co idą. Położył ją obok kobiety. Kilka minut później byli już poza terenem kampusu Politechniki Gdańskiej.
W mieście z reguły panowała przerażająca cisza. Owszem, czasem poruszyła się z brzękiem jakaś puszka czy butelka albo zaszeleścił lekko krzak. Ewentualnie skrzypiały drzwi lub otwarte okna targane przez wiatr. Niekiedy dało się również widzieć koty, ale one potrafiły przemieszczać się prawie bezszelestnie. Tutaj, w lesie, nadmiar dźwięków wręcz ogłuszał. Gęsto rosnące liście szumiały, a gałęzie z trzaskiem ocierały się o siebie nawzajem. Rambo miał wrażenie, jakby wszędzie wokoło ktoś ich obserwował. Speedy za to, ożywiona wpływem promieni słonecznych, zaczęła śmigać po miękkiej ściółce Nieśmiałe promienie słońca ożywiły nie tylko ją. Wszędzie wokół rozćwierkały się małe ptaki. Częściowo łyse drzewa, zniszczone brakiem słońca, rzadkimi, lecz jakże niszczycielskimi kwaśnymi i radioaktywnymi deszczami oraz suszą, powoli przystosowywały się do nowego klimatu i w niektórych miejscach wypuszczały pąki. Ściółka zawalona była suchymi gałęziami, które łamały się z trzaskiem pod stopami.
- No dobrze… Więc tak. Ktoś kiedykolwiek polował na jakąkolwiek zwierzynę? - zapytała Śnieżka. Odpowiedziały jej jedynie odgłosy lasu. - Świetnie… Właściwie, to mogę tutaj zestrzelić gołębie grzywacze, ponoć są bardzo bogate w żelazo i w ogóle super mięsko, ale z dzikami może być problem… Te nasze, to z tego, co pamiętam zwykle kręciły się w okolicach plaży na Stogach i Brzeźnie. A teraz to nie wiem… W lasach też powinny się kręcić.
- Ja tam wiem tylko, że dziki lubią błotko - poinformował Rambo.
- No dobrze… czyli idziemy w stronę rzeki znowu?
Speedy zatrzymała się koło nich, zgrzana i uśmiechnięta od ucha do ucha.
- No, rzeki nie bardzo - stwierdziła z mądrą miną. - Poszukajmy bagien! Gdzieś tu muszą być…
- W jakichś nieckach czy dolinkach, to będą bagna - odparła Śnieżka. - Tam gdzie rozlewiska, obok właściwie… Tutaj chyba nic takiego nie znajdziemy. Znasz jakieś jeszcze możliwości… albo miejsce, gdzie jest dużo błota?
- W sumie nie bardzo. - Speedy posmutniała. - Właściwie to nie w tym lesie… Tu są wzgórza i dolinki, ale… suche. Może znajdziemy coś innego? Rambo, polowałeś kiedyś?
- Coś ty. Nawet na żadną wojnę nie zdążyłem wyjechać - odparł. - Pochodźmy wstępnie po tym lesie. W ostateczności zestrzelimy ptaki. Znaczy się, Śnieżka zestrzeli - poprawił się, szczerząc zęby. - Chodźmy chociaż na wycieczkę, skoro taką ładną mamy pogodę. Ciekawe, czy to już tak zawsze będą te przebłyski czy tylko dzisiaj…
Ruszyli przez las, ciesząc się ciepłem i ogólnie miłą atmosferą panującą wokół. Kiedy przyzwyczaili się do dźwięków natury, mogli się wręcz odprężyć. Tutaj nie dostrzegało się tak bardzo skutków apokalipsy jak w mieście, gdzie puste ulice oraz niszczone budynki rzucały się w oczy. Do tego pomiędzy gałęziami prześlizgiwały się tak wyczekane promienie słońca.
Speedy wkrótce zarzuciła kałasznikowa na ramię i zaczęła wspinać się na drzewo na szczycie wzgórza.
- Jak już będziesz na miejscu, powiedz, czy nie widzisz przypadkiem jakiegoś samotnego dzika z karteczką „zastrzel mnie” - powiedziała Śnieżka z ironią, poruszając brwiami. Sama chwyciła pewniej karabin i czekała. Rambo spojrzał na nią dosyć dziwnie, ale dziewczyna szybko wytłumaczyła swoje zachowanie - Po drodze spłoszy ptaki. Zastrzelę jakiegoś.
Rzeczywiście. W pewnym momencie z drzewa wzbiła się w powietrze chmara ptaszków, niestety za małych jak na obiad. Na szczęście z innego odleciał dosyć duży gołąb. Śnieżka przymierzyła się szybko do strzału, wycelowała i strzeliła. Pudło. Udało się jej za drugim razem - znowu jak w przypadku mewy. Huk wystrzału spłoszył inne ptaki, które teraz tłumnie poderwały się do lotu. Śnieżka wyszczerzyła zęby.
- Hej, Speedy, pamiętasz nasz zakład? - krzyknęła.
Z powrotem przymierzyła i zaczęła strzelać raz za razem. Po czterech próbach skończył jej się magazynek, więc zaczęła go ładować. Z nieba strąciła łącznie jedynie dwa gołębie. Nie była przyzwyczajona do tak małych i szybkich celów.
Zanim Speedy zlazła z drzewa, minęła dobra chwila, ale potem zaraz zmieniła się tylko w niewyraźną smugę, gdy wystartowała. Po minucie wróciła z dwoma ptakami w garści. Wsadziła je zaskoczonemu Rambo do rąk.
- Oszukiwałaś! - oskarżyła Śnieżkę. - Musiałam najpierw zejść!
Śnieżka z uśmiechem wzruszyła ramionami i pierwsza ruszyła dalej.
- Nie było umowy, że mam nie strzelać, kiedy będziesz straszyła zdobycz. Poza tym, mogłaś użyć swojej mocy także podczas schodzenia.
- Będzie jeszcze okazja się wykazać, Speedy, dwa gołębie to za mało - odezwał się Rambo.
Śnieżka spojrzała na niego podejrzliwie.
- Że niby jej kibicujesz?
- Coś ty! - odparł szybko. - Ja jestem bezstronny. Mnie interesują tylko gołębie.
Speedy szła teraz koło Śnieżki, obserwując ją podejrzliwie, w każdej chwili gotowa się przebiec. Rambo nie mógł powstrzymać rozbawienia. Trochę się nachodzili, zanim dostrzegli dzięcioła na niedalekiej gałęzi. Ptak wyglądał, jakby zerknął na nich, po czym zabrał się za stukanie w pień.
*
Bryza obudziła się, gdy promienie słoneczne wpadały przez okno prosto w jej zamknięte jeszcze oczy. Zamrugała, ziewając. Słońce! O rany, słońce! Zerwała się z posłania i podbiegła do okna. Chmury pyłowe, owszem, wciąż zaścielały nieboskłon, ale pomiędzy nimi pojawiły się wyraźne wyrwy, przez które przebijały się jasne smugi.
Dopiero, kiedy napatrzyła się na ten cud, Bryza zdała sobie sprawę, że jest w pokoju całkiem sama. Spojrzała na tarczowy zegarek na parapecie. Nie było szczególnie późno. Kątem oka kobieta dostrzegła kartkę niedaleko swojej poduszki. Wróciła do posłania, robiąc slalom pomiędzy śpiworami przyjaciół. W drodze do okna po prostu po nich przebiegła, lecz teraz odczuła wyrzuty sumienia.
Chwyciła karteczkę i z trudem odczytała słowa napisane przez Rambo. On, Speedy oraz Śnieżka wybrali się do lasu zapolować. Fajnie, oby im się udało. Miło byłoby zjeść świeże mięso… Ciągiem skojarzeń doszła do pewnego pomysłu, który przyszedł jej niedawno do głowy. W sumie, sytuacja w drużynie się unormowała, więc można by się tym zająć.
Przeciągnęła się. Właśnie wybierała się do łazienki, gdy do pokoju weszła Elektra.
- Czasami mam wrażenie, że mamy dwie królewny w drużynie. A ty jesteś Śpiącą Królewną, nie sądzisz? - zapytała, uśmiechając się do Bryzy.
- Eeee… - Bryza odgarnęła z twarzy splątane włosy, by odrobinę zyskać na czasie. - No… skoro tak uważasz… Choć jakoś mało mi do królewny… Już bardziej do królowej - Zastanowiła się przez moment. - Jakbym już miała być księżniczką, mogłabym być Xeną - dodała. - Musiałabym tylko załatwić sobie takie wdzianko jak ona, a nasi chłopacy byliby zachwyceni - zażartowała.
- No wiesz… Trochę inwencji twórczej, zdolności i cosplay gotowy - zaśmiała się Elektra. - Jak znajdziemy materiały, to możemy nad tym popracować. Chociaż Xena to akurat miała czarne włosy… No ale nic. Będzie strój, będzie zabawa.
- Brązowe miała włosy. Chyba - poprawiła Bryza machinalnie, po czym zrozumiała sens pozostałych słów przyjaciółki. Na moment ją zatkało. - Ty tak na poważnie? Nie no, spoko. Czemu nie? Zróbmy sobie konwent. - Uśmiechnęła się. - Co prawda, nigdy na żadnym nie byłam, ale coś wymyślimy…
- Czy ja usłyszałem „konwent”? - rozległ się głos Napalma schodzącego właśnie z trzeciego piętra.
- Ta… Zaczęło się od pomysłu cosplaya Xeny - wyjaśniła nieopatrznie Bryza.
- Czad! Zróbcie Śnieżce cosplay Elzy z „Krainy Lodu”. No wiecie, ta suknia z rozcięciem. - Wyszczerzył zęby.
Bryza pacnęła się dłonią w czoło.
- Czemu nie? - Elektra się zamyśliła. - Jak znajdę materiał, mogę nawet spróbować. Tylko musi być odpowiedni, zwiewny, lekko przezroczysty… Co do zbroi Xeny to jak na razie jedyne co mi przychodzi do głowy, to odlew gipsowy – zachichotała, zerkając z ukrywanym rozbawieniem na Bryzę, ciekawa, czy wywołała odpowiednią reakcję. Bingo.
- Odlew gipsowy? - powtórzyła Bryza pustym głosem. - No ty chyba kpisz. Dobra, dość takich rozkmin na razie. Jeszcze nie jadłam śniadania.
- Też bym coś zjadł - włączył się Napalm. - Właśnie Shiny mnie zmienił na warcie. Zaraz do ciebie dołączę w kuchni.
- No mnie tam „zaraz” nie będzie. Dopiero idę się przebrać - wyjaśniła Bryza. - Na razie.
Wzięła ubrania i ruszyła wreszcie do łazienki. Wkrótce dołączyła do Napalma w kuchni, gdzie jedli płatki na sucho.
- Słuchaj, ja zaraz będę wychodzić - odezwała się.
Spojrzał na nią zdziwiony.
- Iść z tobą?
- Nie, pójdę sama. Chcę coś załatwić.
- Ale, Bryza, nie możesz iść sama. Przecież ustaliliśmy to na samym początku: nie chodzimy nigdzie samemu.
Kobieta przewróciła oczami.
- Jakby to do ciebie nie dotarło, po ataku na Oio SAMA poszłam do Novum, by sprawdzić, czy jest bezpiecznie.
Napalm wytrzeszczył oczy.
- Serio? - wydukał wstrząśnięty. - Zwariowałaś?! To było cholernie niebezpieczne!
- Trudno, jakoś nic mi się nie stało. Wam kazałam pakować rzeczy, a Rambo nie kontaktował. Co miałam robić? Nie myślałeś chyba, że zaprowadziłam was do Novum, nie sprawdziwszy wcześniej, czy tu bezpiecznie? Potrafię sobie poradzić. Po tym ataku na Oio… Lepiej, by zawsze zostawał w bazie ktoś dobrze walczący… na wszelki wypadek. Nic mi się nie stanie - zapewniła.
- Nie mogę cię puścić, Bryza - powiedział Napalm zaskakująco poważnie.
- Możesz. To rozkaz. - Wyszczerzyła zęby, a mężczyźnie szczęka opadła.
Kobieta wykorzystała to, by dokończyć posiłek i pójść się przygotować. Znalazła niewielki plecaczek, po czym zapakowała do środka zapasowy pistolet oraz amunicję. Oczywiście, oprócz tego uzbroiła się tradycyjnie. Właśnie dopinała zamek plecaczka, gdy odnalazł ją Napalm.
- Naprawdę chcesz iść?
- Nic mi się nie stanie - powtórzyła znów. - Po co więc marnować czas na czekanie, aż tamci wrócą?
- Ok, ale powiem Rambo, że to wszystko twoja wina.
Bryza spojrzała na niego z uniesioną brwią.
- Spoko. - Wzruszyła ramionami.
Poprawiła sobie jeszcze zapięcie pasów z pochwami noży, po czym ruszyła w drogę, rozkoszując się promieniami słońca na swojej bladej od mroku skórze.
*
    Śnieżka złożyła się do strzału i spojrzała przez lunetę na dzięcioła. Jakoś nie wierzyła, że może być wystarczająco smaczny do jedzenia, zresztą był dosyć mały, ale stwierdziła, że ot tak dla sportu, zawsze można jednego ptaka sprzątnąć. Przynajmniej dowiedzą się, na co nie polować. Wycelowała w czerwony łebek, wstrzymała oddech, po czym nacisnęła spust. Ponownie rozległ się huk wystrzału, a ptak padł na ziemię. Śnieżka dołożyła nabój do magazynku, a Speedy tymczasem śmignęła po zdobycz i przyniosła ją Rambo. Mężczyzna schował dzięcioła do wora, gdzie już spoczywały inne ptaki.
    - O, patrzcie! Tam są gołębie! - zawołała Speedy, wskazując drzewa na zboczu kolejnego wzgórza.
Rambo wzniósł oczy ku niebu, powstrzymując się od plaśnięcia w czoło. Cud, że rzeczone ptaki nie wystraszyły się głosu dziewczyny i dalej spokojnie zajmowały się sobą. Wyglądało na to, że jeden z gołębi podrywa właśnie swoją sąsiadkę.
Śnieżka ponownie zabrała się za strzelanie, a Speedy śmignęła pod drzewo. Złapała każdego z trzech trafionych ptaków, jeszcze zanim spadły na ziemię. Ostatni wciąż się ruszał… Dziewczyna krzyknęła przestraszona i wypuściła z rąk. Gołąb dogorywał, lecz wciąż żył. Rambo podszedł zdecydowanie, by skręcić nieszczęśnikowi kark. Schował nowe zdobycze razem z poprzednimi.
- Ależ ty delikatna, mała – mruknął pod nosem.
    - Nie jestem mała! - burknęła naburmuszona.
Nagle rozległo się wycie. Speedy zadrżała. Zapomniawszy o urazie, przysunęła się do Rambo. Cała trójka rozejrzała się niespokojnie.
- My sobie spokojnie polujemy, a tu nagle coś innego chce zapolować na nas… Co za świat - mruknęła pod nosem Śnieżka.
We trójkę ustawili się do siebie plecami i rozglądali uważnie. Słońce zaszło, więc zrobiło się ciemno jak zwykle.
- Jeżeli to wilki, to chyba lepiej wleźć na drzewo - powiedział cicho Rambo, dla odmiany szukając dogodnego do wspinaczki drzewa.
- Jak dziki, to też… - mruknęła Speedy. - Pamiętacie taki wierszyk? „Dzik jest dziki...”
- Fajnie by było, gdybym trenowała wspinanie się po drzewach. Kiedykolwiek. Jako dziecko nie miałam możliwości - westchnęła Śnieżka.
Wycie powtórzyło się gdzieś bliżej. Speedy wdrapała się na najbliższe drzewo i podała rękę Śnieżce.
- Niech Rambo cię podsadzi - powiedziała szybko.
Śnieżka zarzuciła sobie karabin na ramię i chwyciła jedną ręką wyciągniętą dłoń Speedy, a drugą złapała się gałęzi. Rambo tymczasem podsadził ją, dzięki czemu dziewczyna mogła się wdrapać wyżej. Teraz już z mniejszymi problemami dziewczyny wchodziły do góry. Następnie dowódca mógł się wgramolić, jednak zanim udało mu się wejść dostatecznie wysoko, ze wzgórza zaczęły nadbiegać wilki. Nie normalne wilki szare spotykane na tych terenach, tylko zmutowane monstra z potarganą sierścią oraz obślinionymi pyskami. Śnieżce przyszło na myśl skojarzenie z wargami z „Władcy Pierścieni”.
Widząc, że Rambo jest zagrożony, dziewczyna usiadła pewnie na jednej z gałęzi i wymierzyła w nadbiegającego najbliżej wilka. Trafiła idealnie w łeb. Zwierz zarył pyskiem w ziemię wzbijając w powietrze chmurę ściółki i piachu. Niestety, Śnieżka nie zauważyła, że zwierzęta nadbiegają nie tylko od tej strony. Jeden z wilków już skakał pod drzewem, próbując dosięgnąć nogi Rambo. Ten kopnął zwierza ciężkim buciorem. Z pomocą Speedy wdrapał się na drzewo szybciej, po czym stanął na gałęzi, trzymając się pnia. Wargowie zaczęli krążyć wokoło drzewa. Warczeli, marszcząc pyski. Jeden z nich skoczył na pień. Próbował się wspinać, zaczepiając pazury o korę drzewa. Widząc to, Śnieżka zajęła dogodniejszą pozycję, by gałęzie nie przeszkadzały jej w strzelaniu. Zdołała zabić wspinającego się zwierzaka. Przeładowała i atakowała dalej.
- Jakiś plan? - zapytała Speedy, trzymając się kurczowo gałęzi. - Trochę ich… dużo.
Wolała nie przyglądać się stworom w dole. Ich pogrążone w szaleństwie oczy, zakrwawione futra, ostre zęby… Wzdrygnęła się. Jeden skoczył wyżej od innych, aż prawie sięgnął najniższego konara. Drzewo zatrzęsło się, a Śnieżka ledwie zdołała zachować równowagę. Speedy strzeliła z kałacha. Wilk trzymał się kory jeszcze przez moment, po czym osunął się na ziemię.
- Jakiś plan? - powtórzyła dziewczyna w stronę Rambo z nutą paniki w głosie.
- Nie da rady inaczej, trzeba to powystrzelać - odparł dowódca, opierając się pewniej o pień i mierząc ze swojej strzelby do kolejnego wilka. Rozległ się huk wystrzału, a zwierz padł na grzbiet. Czwarty również. Została szóstka, która zaprzestała na razie prób wspinaczki i tylko krążyła. Kiedy zorientowały się w końcu, że jeśli dalej będą się tak zachowywać, zostaną powystrzelane jak kaczki, uciekły gdzieś w las. Trochę za inteligetne zachowanie jak na zwykłe bestie, jednak najważniejsze, że zwiały.
- W końcu… Choć tych upolowanych wilków wolałabym nie jeść - powiedziała Śnieżka.
- I tak jesteśmy zmutowani - stwierdziła Speedy, ostrożnie schodząc z drzewa. - Ale nie wyglądają na smacznych. - Gdy tylko zeskoczyła z konara, odsunęła się od trupów. - Spadajmy stąd. Dosyć na dzisiaj.
Z oddali poniosło się jeszcze echo wycia. Śnieżka z Rambem po chwili dołączyli do towarzyszki na ziemi.
- Ta, starczy atrakcji - przyznał mężczyzna. - Mamy razem pięć gołębi i dzięcioła. Zawsze coś.
Szybkim krokiem ruszyli w drogę powrotną. Rozglądali się niespokojnie w obawie przed innymi stworami, ale w lesie panował już spokój. W pewnym momencie prawie pobłądzili, jednak ostateczne udało im się dotrzeć znów na teren politechniki. W miarę, jak oddalali się od drzew, w uszy kłuła ich cisza charakterystyczna obecnie dla miasta.
Gdy zbliżyli się do Novum, z dachu pomachała im Elektra. Rana na plecach kobiety dobrze się goiła, więc czasem zajmowała się już do normalnymi obowiązkami. Powracający myśliwi z ulgą weszli do obecnej bazy, wdrapali się na trzecie piętro - co było niczym przy dziewięciu piętra Oio - po czym opadli na krzesła wokół stołu. Akurat zastali tam Shiny’ego, który z jakiegoś powodu szybko wyszedł. Powiedli za nim zdziwionymi spojrzeniami, lecz po chwili zjawił się Napalm.
- Jak poszło? - zapytał z miejsca. - Mamy mięso?
- Mięso. - Rambo kiwnął głową i wcisnął mu w ręce wór z ptakami. - Na dzikach się nie znamy, ale Śnieżka z kolei ogarnia ptaki. Zmieńcie Elektrę na warcie, żeby doprawiła te gołębie.
Po tych słowach ruszył do zbrojowni, by zostawić tam swoją strzelbę. Za jego przykładem poszły Śnieżka i Speedy. Napalm odstawił wór na stół, wysłał Shiny’ego na wartę - chłopak i tak ostatnio wszystkich unikał - a sam wrócił do kuchni, gdzie strudzeni myśliwi, już bez broni, pili właśnie wodę. Właściwie to Speedy akurat dorwała się do resztek coli.
- Szkoda, że bez dzików... - odezwał się markotnie Napalm. - Coś ciekawego się wydarzyło?
- A żebyś wiedział - powiedziała Speedy, po czym dalej skupiła się na piciu.
- Takie tam… wataha wargów nas zaatakowała - odparła Śnieżka. - Na szczęście bohatersko się ich pozbyliśmy. A jak u was? Jakieś ciekawskie zombiaki, koty albo co?
- To chyba Bryza powinna zdać raport - zaśmiał się Rambo, przeciągając się. - Właśnie, gdzie się zaszyła?
- Eee… - Napalm nerwowo zmierzwił sobie włosy. - No… Ona… wyszła.
Rambo spojrzał groźnie ze zmarszczonymi brwiami na kolegę.
- Że niby gdzie? Na miasto, tak? - Mężczyzna wstał. - A ty jej pozwoliłeś?
Napalm przełknął ślinę.
- No… Nie chciałem. Mówiłem jej, żeby sobie odpuściła, ale ona stwierdziła, że sobie poradzi, że nic jej się nie stanie i w ogóle. No i powiedziała, że ktoś dobrze walczący powinien zostać w bazie na wypadek ataku - mówił szybko. - Dodała, że to rozkaz. Więc to nie moja wina.
- Powaliło cię?! - ryknął Rambo i chwycił go za bluzę pod szyją, przygwożdżając do ściany. - Nigdy, ale to nigdy nikt nie ma prawa SAM wyłazić poza budynek! Ile razy było to mówione?! Takie mamy zasady i nikt nie ma prawa ich zmieniać! Jej zresztą też odwaliło. Gdzie ona polazła, gadaj!
- Nie wiem, nie powiedziała. - Napalm nawet nie próbował walczyć z Rambem, uznając, że tak mógłby tylko jeszcze bardziej go wkurzyć. Zresztą czuł, że faktycznie mu się należy. - Powiedziała, że musi coś załatwić. Nie wiem więcej.
- Nawet tego z niej nie wyciągnąłeś? Czy ty rozumiesz, że w swej głupocie naraziłeś ją na śmierć?! Nawet, gdyby coś jej się stało, nie mamy pojęcia, gdzie jest! Następnym razem może do nas wrócić zielona, matole!
Rambo w końcu puścił Napalma i poszedł do zbrojowni po broń. Kiedy z niej wyszedł, spojrzał na całą trójkę.
                - Napalm i Speedy. Idziecie ze mną. Musimy poszukać Bryzy.
                Oboje bez słowa się uzbroili, po czym za Rambem zeszli na dół.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz